Jarosław Grzędowicz, „Pan Lodowego Ogrodu”, recenzja.

Data: 29 sierpnia 2012
Kategorie: Fantastyka: Recenzje
Odsłony: 1025
 Like

Recenzja pisana przed przeczytaniem całości musi być w pewnym stopniu kaleka. W chwili jej pisania jestem świeżo po przeczytaniu trzech dostępnych na rynku tomów. Czwarty ma wyjść na jesieni. Słyszałem że planowane są tylko cztery, choć nie mam pojęcia jak Grzędowicz chce to robić poświęcając dotąd trzy tomy na samo rozkręcanie fabuły, bez śladu próby zamknięcia czegokolwiek. Obawiam się że pozamykanie tego wszystkiego w jednym tomie może być wysilone i niezgrabne. Zobaczymy.

Wiedźmin z Finlandii, czyli fabuła

173463_pan-lodowego-ogrodu-4_ebk_513[1]Porównań z Wiedźminem uniknąć się nie da. Nasz bohater, Vuko Drakkainen, pochodzi z Ziemi i posłany został na Midgard (planetę o poziomie rozwoju między antykiem a średniowieczem) z misją wojskową. Zakamuflowany jest jako miejscowy, ma jednak do dyspozycji szkolenie sił specjalnych, gadżety technologiczne, olbrzymią wiedzę i wszczepy. Mamy więc bohatera z mieczem jak brzytwa, umysłem jak brzytwa, anachronicznego, niesamowicie szybkiego, ze zdolnościami fizycznymi niedostępnymi dla zwykłych ludzi. Wiedźmin.
Nie znaczy to jednak że jest to prymitywna kalka, bynajmniej. Powiedziałbym nawet że wszystkie owe zdolności są bardziej uzasadnione niż u Sapkowskiego. W odróżnieniu od cyklu Sapkowskiego świat jest tu spójny, przemyślany, da się w niego wierzyć. Żyje własnym życiem nie będąc tylko jednowymiarową westernową dekoracją dla protagonisty. To niezwykle ważne w opowieści drogi (a tym właśnie jest cykl Grzędowicza). W opowieści drogi ważna jest również (jeśli nie przede wszystkim) sama droga, to co podróżnik poznaje, to czego dowiaduje się o świecie. U Sapkowskiego było to niemożliwe, bo świat u niego po prostu nie istnieje, autor musiał łatać tę dziurę przedstawiając coraz dziwaczniejszych i „wyjątkowszych” towarzyszy. Grzędowicz nie musi tego robić. Dysponuje ciekawym światem, ciekawą ideą na jego budowę, może nas wziąć na wycieczkę krajoznawczą bez wymyślania coraz to bardziej pokręconych postaci do zapchania kolejnych trzydziestu stron.

Nasz fińsko-polsko-chorwacki (sic!) Wiedźmin zostaje wysłany aby dowiedzieć się co stało się z milczącą placówką badawczą. Ma wydobyć tych co przeżyli, a priorytetem jest Pierwsza Dyrektywa ze Star Treka. Naprawić wszelkie problemy ewentualnie spowodowane przez Ziemian, posprzątać po nich i po sobie, ewakuować misję. Oczywiście nie idzie to tak jak powinno.

Styl, język, narracja

Grzędowicz umi, po prostu. Dialogi, opisy, idee, sam sposób budowania narracji, nawet dość ryzykowny zabieg formalny z przełączaniem się (w zależności od pewnego wydarzenia fabularnego) między pierwszą i trzecią osobą, wszystko to jest sprawnie przeprowadzone. Anachronizmy są uzasadnione samym pochodzeniem głównego bohatera. Pozwala nam to lepiej się z nim zżyć, bardziej go polubić i lepiej zrozumieć (dobrze zresztą rozegraną) sytuację Jankesa na dworze Króla Artura. Druga linia narracji, przygody miejscowego pochodzącego z narodu zbliżonego do Japończyków jest poprawna, nie tak zajmująca jak przygody naszego protagonisty. Całość chwilami zbliża się do gry komputerowej, do dialogów i sytuacji które bez problemu możemy sobie wyobrazić na ekranie PC. Jest to chyba świadomy zabieg, wraz z opisywaniem działania wszczepów w ten sposób, że wyglądają dokładnie jak UI gier. Gdyby ktoś kiedyś chciał zrobić na podstawie tego cyklu grę CRPG całą koncepcyjną robotę nad UI i nawet wizualizację walk i interakcji ma już właściwie wykonaną. Komuś wychowanemu na kulturze obrazkowej, na grach komputerowych i wszelkich Matrixach będzie się to łatwo czytało i jako taka powieść Grzędowicza może być też używana do wciągnięcia konsolowych dzieci w świat książek.

Opowieść nadmiaru drogi

Czyli przechodzimy do minusów. O ile ogólna konstrukcja opowieści, pomysł, protagonista, narracja i tak dalej są bardzo dobre, o tyle cykl cierpi na drastyczny nadmiar treści. Chwilami wygląda bardzo mocno (czy to prawda, czy nie – nie wiem) na wypełniany na siłę żeby wyrobić odpowiednią ilość tomów. Jakby autor pisał „co by tu, krzywa, jeszcze wykombinić” a nie to co pisać sobie zaplanował. W opowieści pojawiają się momenty całkowicie dla niej zbędne. Gdyby je wyjąć nie miałoby to w ogóle zadnego znaczenia dla całości opowieści, są to właściwie osobne opowiadania wewnątrz cyklu. Co gorsza, od pewnej chwili ten cykl rozdziela się na dwie części. Jedna to przygody naszego fińskiego wiedźmina, druga to przygody młodego parajapończyka (kraj tak uderzająco podobny do Japonii, że sam autor przyznaje to w treści). Dlaczego jest to problem? Bo na dodatek do protagonisty którego już w tym momencie lubimy i z którym łatwo się utożsamiamy dostajemy nagle zgrzyt, człowieka który mało nas obchodzi i którego musimy polubić od nowa co (dla mnie przynajmniej) nie jest łatwe. Co gorsza – całość tej narracji, całość opowieści drogi tego Japończyka jest dla cyklu całkowicie zbędna. Rozwiązanie tego i złożenie tych dwóch dróg razem jest strasznie sztuczne, zrobione bardzo mocno na deus ex machina, jakby po prostu zabrakło pomysłu. Wycięcie całej tej drugiej linii narracyjnej razem z niektórymi wypełniaczami z tej pierwszej skróciłoby powieść do półtorej tomu i wyszłoby jej to mocno na dobre. Możecie mi teraz wierzyć albo nie, ale jeśli czytając powieść będziecie całkowicie przeskakiwać części z drugiej linii narracji nie stracicie zupełnie nic.
Kolejnym dużym problemem jest to, że ta niepotrzebna druga linia fabularna skanibalizowała pierwszą. Autor rozbuchał na raz masę wątków, potem nawstawiał wypychaczy i nagle jest koniec trzeciego tomu a te wątki nie dość że nie są rozwiązane, to nawet nie minęły swojego apogeum, nic nie wskazuje na to aby zmierzały do zamknięcia. Stąd jeden został na szybko i zupełnie sztucznie otwarty, rozwinięty i zamknięty w bardzo krótkim przebiegu, co jednocześnie miało jakoś uzasadnić naszego parajapończyka. Jeden wielki wątek jest dopiero co zasygnalizowany. I to wszystko ma podobno zostać rozwiązane w ostatnim, czwartym, tomie. Nie bardzo wiem jak Grzędowicz chce sobie z tym poradzić nie wywołując wrażenia porażającej sztuczności i duża szkoda że się w taką sytuację wmanewrował.

Spieszmy się przemawiać do ludzi, czyli minus drugi

Jest takie ćwiczenie. Bierzemy trywialną sytuację i staramy się ją opisać językiem danego autora, czy też danej powieści. Na przykład Ziemiański opisując stylem „Achaji” wyjście po kartofle walnąłby dwie strony filozobełkotu razem z wyciem do bogów o sprawiedliwość i pomstę (bo sklep zamknięty) w nieświadomej parodii Wielkiej Improwizacji. Nie porównuję w żadnej mierze Grzędowicza do Ziemiańskiego bo to po prostu drastyczna różnica jakości („Achaja” to głupawy erotyk dla siedemnastolatków którym sam autor znudził się w drugim tomie a trzeci walnął najwyraźniej zmuszony kontraktem). Niemniej jednak Grzędowicz ma pewien niefortunny manieryzm. Od czasu do czasu w płynnych i autentycznych dialogach pojawia się zgrzyt i jeden człowiek zaczyna do drugiego przemawiać. Można sobie niemal wyobrazić jak opiera jedną stopę o skrzynkę, kładzie dłoń na piersi i „uwaga! nakurwiam!”. Wszystkie te przemowy, niezależnie od tego kto, do kogo i w jakich okolicznościach są wygłaszane, pisane są identycznym stylem. Bardzo. Krótkie. Rwane zdania. Można by nawet policzyć. Jak są krótkie. Ile mają słów. Ile mają ich średnio. Bo rozumiecie. Te przemowy. Są takie zdyszane. Pełne emocji. Wywołujące emocje! Jakby ktoś musiał wyrzucić to. Wyrzucić to z siebie. Bo inaczej by go zgniotło. Więc on bierze i musi.
W tym stylu. Zwraca to uwagę i zaczyna zgrzytać właśnie przez swoją powtarzalność, swoją nienaturalność w płynnej dotąd rozmowie i przez przechodniość. Przechodniość czyli to że nie jest to idiosynkrazja jednej postaci, ale właściwie wszystkich.

Podsumowanie

Warto. Po prostu. W ostatniej edycji cena tomu oscyluje wokół 40zł. Gdybym zapłacił za to dwa razy tyle nie byłbym rozczarowany. Rzecz jest dobrze pomyślana, inteligentna, zabawna. Oko puszczane do czytelnika nie jest jednocześnie parodią własnej opowieści (paskudna cecha u Sapkowskiego – wy się tu wczuwacie a ja se z was jaja, ćwoki, robię). Cała rzecz tkwi mocno w konwencji fantasy, ale jest jednocześnie lekkim jej przesunięciem, bardzo dobrym wkomponowaniem anachronizmów. To co u Sapkowskiego kulało (rębajło-profesor) tu jest poprowadzone bardzo dobrze i dobrze uzasadnione. Polecam każdemu.

Komentuj przez Facebooka
Tagi:

3 Responses to Jarosław Grzędowicz, „Pan Lodowego Ogrodu”, recenzja.

  1. Flint napisał(a):

    No i jest ostatni tom. Wrażenia?

  2. Anonimowy napisał(a):

    Jak dotąd dobre; końcowe wyjaśnienia też wydają się w porządku – najważniejsze że w ogóle są.

    Podobną konstrukcję, tj. losy dwóch bohaterów przeplatające się co rozdział, spotykających się po ponad połowie opowieści, przerobiłem już przy okazji komputerowego Game of Thrones rpg, więc mnie to nie zniechęciło.

    Po zakończeniu czwartego tomu trudno zarzucać, że ten drugi z bohaterów jest nieistotny. Tytuł książki!

  3. Piotr Smolański napisał(a):

    Niemal nic nie pamiętam z ostatniego tomu. Składał się cały z efektów specjalnych. Takie gościnne występy Emmericha. Żadnej treści tam w ogóle nie pamiętam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.