LARP Geas 2012, recenzja

Data: 2 października 2012
Kategorie: LARP, LARP: Recenzje
Odsłony: 1335
 Like

Deklaracja 1:

Nie mam cierpliwości do tej głupiej mody zaznaczania przy każdym zdaniu że to tylko moja nic nie warta opinia. Recenzja jest (co oczywiste) całkowicie subiektywna i przedstawia moje własne odczucia. Tam gdzie opieram się na słowach innych zaznaczam to wyraźnie. Jeśli ktoś bardzo chce niech zrobi sobie ctrl+h i zamieni wszystkie znaki przestankowe na „IMHO”.

Deklaracja 2:

Pisane w dużej mierze dla znajomych. Niektóre odniesienia mogą być trochę hermetyczne.

Deklaracja 3:

Gram w larpy od mniej więcej 17 lat. Zrobiłem dwa larpy, pierwszy dość udany, drugi raczej poniżej przeciętnej, żaden z nich nawet nie zbliżający się do skali komplikacji i rozmachu Geasu. Niemniej coś tam o robieniu gier wiem. Powstanie w Polsce dobrych technicznie weekendowych larpów nie będących grą terenową ani larpem wciśniętym w salę szkolną na konwencie RPG zastało mnie za granicą i nie bardzo jak mam w nich uczestniczyć. Główne porównania które mam to dawne biesiady dzikopolowe, oraz Gladiony i Flambergi na które jeżdżę dość regularnie. Flambergi to gry na 200 osób, tygodniowe konwenty. Nie to samo zwierzę co Geas.

 

Wstęp.

Geas to larp po swojej pierwszej edycji obrosły legendą. Ludzie którzy na nim byli mówili o nim jako o najlepszym larpie w swoim życiu, o czymś czego nie da się opisać. Zdjęcia z niego były fantastyczne. Oparty jest o nowatorską w Polsce mechanikę, która w założeniach pozwala oderwać się od gamizmu („przechodzenia” gry) i skupić na odgrywaniu i przeżyciach. Odbywa się nie w sali szkolnej albo kawałku niczym nie wyróżniającego się lasu, ale w autentycznym zamku, w jego salach i na dziedzińcu. Organizatorzy zrobili co mogli aby wszystko było 1:1, aby jak najmniej trzeba sobie było wyobrażać i aby jak najwięcej rzeczy po prostu tam było. To wszystko razem zbudowało legendę Geasu jako najlepszego larpa w Polsce, czegoś w rodzaju Graala. Czy ta legenda jest uzasadniona? Nie wiem jak w przypadku pierwszego Geasu, nie mogę oceniać czegoś na czym nie byłem. W przypadku drugiego – raczej nie. To jest świetny larp, naprawdę. Imponujący technicznie, dobrze przemyślany, ze spójną ideą, pomimo potknięć sprawnie zorganizowany. Cieszę się że na nim byłem. Ale uczestniczyłem w lepszych grach.

 

Miejsce & „All Inclusive”

Geas odbył się dwa razy z rzędu na zamku w Grodźcu. Zamek ten znajduje się 100km od Wrocławia. Organizatorzy zapewnili busa (autokar? Nie wiem, dojechałem z koleżanką samochodem) z Wrocławia i do Wrocławia. Samo w sobie jest to nową jakością. Pamiętam kiedy proponowałem coś takiego na Flambergu i usłyszałem że jest to (z szeregu przyczyn) głupie i niemożliwe. Ewidentnie ani głupie ani niemożliwe. Zamek jest zbudowany w stylu neogotyckim. Jak mi powiedziano jest XIXwieczny, zbudowany na fundamentach dawnej średniowiecznej twierdzy, więc z grubsza zachowujący jej rozkład. Jego część jest zrujnowana, jedna z wież jest niedostępna, mur z tej strony nie sięga wiele wyżej niż ludzki wzrost. W zamku (w drugiej wieży) znajduje się schronisko ze wspólnymi salami. Każda ma osiem dwupiętrowych łóżek. Dostępne są tam łazienki z prysznicami. Część ludzi zakwaterowana była w tym schronisku (droższa akredytacja), część w salach z rozłożonymi karimatami (tańsza akredytacja). Niektóre z łóżek rozlatywały się i rozłaziły w szwach (wypadające klepki kiedy tylko człowiek się na tym łóżku gwałtowniej ruszył) ale też koszt schroniska był tak niski że nie ma co na to narzekać. Ciepłe prysznice na larpie to coś czego wartość naprawdę trudno przecenić.

Dla ludzi którzy chcieli spać „w klimacie” na piętrze zamku dostępna była wspólna sala z wielkimi zadaszonymi łożami. Można było spać tam, „po średniowiecznemu” czyli po kilku w jednym łóżku.

Konwent reklamowany jest jako „all inclusive” czyli i nocleg i jedzenie. Pierwszego wieczora odbyła się uczta, drugiego dnia było śniadanie i obiad („mini-uczta”). Nie będę się rozwodził nad jedzeniem, było po prostu bardzo dobre. Problemem było to że nie starczyło go dla wszystkich. I w czasie uczty (to wiem ze słyszenia, sam siedząc wówczas niemal przy samym panu zamku mogłem jeść i pić do woli) i w czasie obiadu następnego dnia (to już wiem bo widziałem, sam ledwie wyskrobałem trochę bigosu dla siebie). Jedzenia zabrakło zwłaszcza dla ludzi grających niższe klasy. Niby w porządku, niby jak powinno być, ale jako gracze zapłacili oni tyle co wszyscy inni. Mała kolejka która po obiedzie uformowała się do baru zamkowego (można tam było kupić jedzenie za PLN) była nienajfajniejszym widokiem. Pamiętać jednak należy że cena którą za to zapłaciliśmy, czyli 125zł za dwa noclegi w łóżku i wyżywienie (i do tego oczywiście larp) jest śmiesznie niska, naprawdę nie daje podstawy do narzekań. Nie było też tak że ludzie dla których zabrakło głównego dania nie mogli zjeść nic, chleba i podobnych rzeczy było pod dostatkiem, było też prawdziwe piwo (alkohol jest pity cały czas w czasie larpa i oczywiście że nie ma z tym żadnych problemów!), jak i soki udające piwo i wino. Warto tu też zwrócić uwagę na mrówczą pracę „służby”, w tym części organizatorów, którzy podawali jedzenie na stoły w nieustannym sprincie i czasem z widocznym potem na skroniach. Ida gnająca w poprzek sali z półmiskami w rękach i sprintem wracająca po więcej zasługuje na podziw, tak samo jak reszta służby. To byli ochotnicy, w ten sposób spędzili dużą część larpa. Człowiek wspominając o takiej imprezie może zapomnieć o tle, które tworzy jej klimat, ale to tło jest niezwykle ważne, nie wiem czy nie jest w ogóle najważniejszym elementem klimatu uczty na zamku. Jak by wygladała gdyby jaśniepaństwo musieli sami wstawać od stołu i obsługiwać się przy bufecie? Praca służby to coś co wzbudziło chyba największy mój podziw w czasie tego larpa i bardzo im za nią dziękuję. Jako szlachcic (postać) nie zwracałem na nich żadnej uwagi i traktowałem obcesowo, jako gracz mam dla nich ogromne uznanie.

 

Świat

Dochodzimy do pierwszego (dla mnie) problemu. Strona internetowa Geasu ma garść „klimatycznych” tekstów które właściwie nic nie mówią o świecie a po więcej odsyła do strony Fantazjady. Geas opiera się na świecie Fantazjady, tak zwanym „Znanym Świecie”. Jest on dosłowną kalką Warhammera. Różnice to RON (Rzeczpospolita Obojga Narodów) wciśnięta „na prawo” od Imperium (tu nazywanego Hammerstein) i włożenie do niego Drugiej Wojny Światowej którą wygrała Antalia (RON). Wiara to Ammanizm będący kalką Sigmatytyzmu z Warhammera przesuniętą trochę w kierunku Chrześcijaństwa. Całość oscyluje wokół XVI wieku z oczywistymi anachronizmami. Tyle teorii. W praktyce okazuje się że całość tego właściwie nie ma zastosowania do Geasu. Kiedy zacząłem wypytywać o szczegóły okazało się że podobieństwa kończą się właściwie na tym że jest jakaś Antalia, Hammerstein i Ammanizm, ale cała reszta to średniowiecze, nie renesans/barok, plasowane na oko w okolice XII-XIII wieku. Istnieją pewne cechy tego odrębnego świata, ale ma je w głowie tylko Kamil (organizator) i jedynym sposobem dowiedzenia się o nich jest zapytanie go. Wtedy stajesz się jedyną osobą oprócz organizatora która o nich wie i w interakcjach są ci bezprzydatne. Tłumaczone jest to chęcią robienia larpa „low”, skupionego wyłącznie na lokalnych sprawach, larpa w którym światowa polityka nie gra roli i w którym coś do roboty mają tylko „lokalsi”. Czy to działa? Tak i nie. Z jednej strony pozwala na błyskawiczne przyswojenie świata bo poza jakąśtam luźną ideą feudalizmu i Ammanizmu świat właściwie nie istnieje. Scenariusz jest w to spójnie wpisany i wiedza o szerszym świecie autentycznie była w nim niepotrzebna. Scenariusz kręcił się doskonale na samej lokalnej polityce. Z drugiej strony jeśli nie rozmawiasz z kimś o konkretnej sprawie z tego larpa to… właściwie nie masz o czym z nim rozmawiać. Nie macie wspólnych tematów. Kiedy rozmawiałem o religii ten misz-masz Fantazjady i średniowiecza wybuchał mi co chwila pod stopą. Kiedy zakładałem cechę religii opartą o chrześcijaństwo, okazywało się że tak naprawdę jest zupełnie inaczej, co wiedzą tylko ludzie z Fantazjady. Kiedy zakładałem cehcę Sigmarytyzmu okazywało się że to też nie tak, o czym wiedzą tylko ludzie z Fantazjady. Można oczywiście szyć ogólnie o dupie Maryni, ale symulacjoniście naprawdę brakuje kontekstu, wypełnienia postaci, uczynienia jej elementem świata jako takiego. Jedna z fajniejszych rozmów to moja rozmowa o wojskowości z jednym z Piekłasiewiczów. O wojnie Hammersteinu z Antalią. Tyle że była ta rozmowa możliwa tylko dlatego że obaj jesteśmy z reko, mamy solidną wiedzę o wojskowości średniowiecza i renesansu. Więc właściwie rozmawialiśmy wbrew opisowi świata robiąc coś, czego nie przewidziano jako możliwego albo pożądanego. Na moje wcześniejsze wątpliwości Kamil odpowiedział po prostu że to nie jest larp dla symulacjonistów i żeby przemyśleć decyzję przyjazdu. Hmmm.. ok.

 

Mechanika: Du Kannst Hitler Cośtam, WYSIWYG, „Nie bądź dupkiem”.

 

1. Mechanika gry

Idea mechaniki Geasu oparta jest na braku mechaniki i na zachowaniu pewnej intencji, chęci współtworzenia wspólnej narracji. Na całość jest jakiś niemiecki skrót którego nigdy nie chce mi się pamiętać. Polskie tłumaczenie to „Możesz robić to co potrafisz robić”. Więc:

  • nic nie odbywa się deklaratywnie. Nie możesz zadeklarować „związuję cię”, musisz kogoś naprawdę związać. Nie możesz zadeklarować „tłukę kufel”, musisz go naprawdę stłuc.
  • wszystkie przedmioty nie będące bronią są 1:1. To znaczy że nie możesz używać długopisu udając że piszesz piórem, musisz naprawdę pisać piórem.
  • umiejętności gracza są umiejętnościami postaci. Jeśli jako gracz potrafisz dobrze odegrać opatrywanie rany, potrafisz opatrywać rany. Jeśli jako gracz nie masz o czymś pojęcia, Twoja postać nie będzie w stanie tego wykonać.

Po szczegóły odsyłam tu: http://geas.pl/pl/jak-gramy/1-bez-mechaniki

Ten rodzaj rozgrywki ma swoje plusy i minusy. Plusem jest większa dosłowność wszystkiego co robimy, a więc i większa widowiskowość. Mechanika punktowa (więc ta spotykana najczęściej, a nie ta używana na Geasie) najczęściej jest oparta o system kar za dobry strój. Czyli jeśli grasz żołnierzem a przy tym bierzesz ze sobą rzeczy do pierwszej pomocy (opatrunki, igłę, nici) to musisz zapłacić punktami za ten ekwipunek odbierając sobie dodatkowe HPki, czy pieniądze. W mechanice punkcikowej im bardziej przypominasz prawdziwego człowieka (który ma przecież więcej niż jedną umiejętność) tym bardziej jesteś karany przez mechanikę. Wykup trzy umiejętności (programowanie, prowadzenie samochodu, pierwsza pomoc) i jesteś właściwie kaleką który mdleje od zrobienia kroku i który nie potrafi walczyć czym innymi niż widelcem. Te absurdy są w mechanice Geasu nieobecne. Jeśli jako alchemik cały obładujesz się gadżetami i umiesz ich używać, będziesz osiągać świetne rezultaty.

Z drugiej strony ta mechanika ogranicza aspekt RPG larpa. W RPG możemy oderwać się od siebie i grać postaci którymi nie jesteśmy, ale które nam się marzą. Ktoś kto pojęcia nie ma o szermierce może grać wojownika, ktoś kto pojęcia nie ma o średniowiecznej medycynie może grać cyrulika. Chuderlawy chłopiec może na larpie punkcikowym być i poczuć się wielkim wojownikiem, mechanika punkcikowa mu to umożliwi. W mechanice Geasu musisz być de facto sobą. Wiesz ile wiesz, umiesz ile umiesz.

Jestem rekonstruktorem, mam solidną i sporą wiedzę na temat społeczeństwa, technologii i stanu wiedzy wielu epok. Mechanika Geasu jest jakby stworzona dla mnie. Ale innym może nie pasować, może ich nadmiernie ograniczać. Dla mnie jest lepsza od punkcikowej, dla innych niekoniecznie.

Jak to wyszło na larpie? Hmm… na własne oczy nie widziałem niczego robionego przez graczy co wymagało jakichkolwiek umiejętności. Opatrzenie rany po rąbnięciu pałą w głowę wymagało wyłącznie obmycia jej (rany po walce były oznaczane sztuczną krwią) i zawiązaniem bandaża. Chciałbym chyba trochę więcej wysiłku, ale jest to i tak o niebo lepsze od tego co normalnie uchodzi na larpach za czynności medyczne („to ja go opatruję”). Generalnie cała rzecz działa dobrze, uwolnienie od „umiejek”, od martwienia się i biegania do MG z pytaniami „czy ja potrafię…”? bardzo pomaga w grze. Czyni ją naturalniejszą. Tu leży dla mnie krytyczna różnica między Flambergami a Geasem. Cała mechanika Flamberga oparta jest na ogromnej nieufności wobec graczy i enpisów. Na wierze że jeśli tylko nie zakazać im wszystkiego poza wąsko zakreślonym zakresem umiejętności, to na pewno natychmiast „porobią combosy” i rozwalą mechanikę. Od razu w obronie Flamberga – widziałem mechaniki kilku innych gier terenowych i są one jeszcze bardziej absurdalne, co oznacza że ta nieufność i prawnicza restrykcyjność jest wpisana w samą ideę mechaniki punkcikowej, nie w jeden konkretny konwent. Geas opiera się na ogromnym zaufaniu wobec graczy, wierze że chcemy wszyscy wspólnej zabawy i nie będziemy robili świństw i przekrętów tylko dlatego że możemy. To podejście jest dla mnie znacznie naturalniejsze i zwyczajnie fajniejsze.

Drobna dygresja. Istnieje projekt Shared Space ( http://en.wikipedia.org/wiki/Shared_space ) którego założeniem jest likwidowanie przepisów, znaków drogowych i demarkacji między ruchem pieszym i samochodowym i zostawienie uregulowania tego samym ludziom. Niemal bez wyjątków zdjęcie z ludzi gorsetu zakazowo-nakazowego skutkuje ostrożniejszym i bardziej kurtuazyjnym zachowaniem, oraz powoduje zmniejszenie wypadkowości. Kiedy odpowiedzialność za współżycie społeczne zostaje odjęta prawu, obecnemu setką znaków drogowych i świateł i oddana człowiekowi, najwyraźniej uruchamia się mózg i człowieczeństwo. Widzę tutaj wyraźną paralelę. Im więcej naszych zachowań regulowanych i wymuszanych jest mechniką larpa, tym bardziej bezmyślnie jej przestrzegamy i tym więcej gry toczy się nie tak jakbyśmy chcieli, ale jak wynika z często głupich albo nie odnoszących się do sytuacji przepisów.

 

2. „Nie bądź dupkiem”

To jedyny punkt regulaminu, z czego organizatorzy wydają się być bardzo dumni. Nazwa jest myląca. Chodzi nie tyle o nie bycie dupkiem (co może oznaczać masę różnych rzeczy), co o podjęcie wysiłku zapewnienia zabawy nie tylko sobie, ale i innym. Ujęte w ten sposób, prośby a nie zakazu, wydaje się działać lepiej. O co chodzi?

Jedziesz na larpa przez całą Polskę. Nad strojem pracowałeś/pracowałaś kilka tygodni, masz starannie przemyślaną rolę. Pierwszego wieczora trafiasz na psychopatycznego mordercę, który podrzyna ci gardło. Pa-pa. Po larpie. Możesz oczywiście dostać nową rolę, ale nie masz jej przemyślanej i nie masz na nią stroju, więc wyjdziesz w efekcie tą samą postacią i cała immersyjność idzie w diabły. Tak podobno było na Steam and Sword. Geas odchodzi od tego modelu narzucając kompetytywny styl gry i jednocześnie kooperatywny styl metagry. Czyli o ile nasze postaci mogą się kłócić i planować wzajemne wykończenie, o tyle jako gracze współpracujemy aby tworzyć lepszą zabawę dla innych. Jeśli chcemy kogoś zabić, robimy to tak aby ta druga osoba miała szansę zareagowania lub uniknięcia tego. Ostatecznie (na przykład) zostawiamy ją ciężko ranną i nie pamiętającą co się stało, „zdziwieni” potem że nie umarła. Jeśli mamy pomysł który leży w charakterze postaci ale popsuje grę innym, odstępujemy od tego pomysłu jakby postać na niego nie wpadła.

Jakieś 10 lat temu byłaby to dla mnie herezja. Granie wyłącznie postacią, nie graczem, było dogmatem którego trzymałem się ślepo. Ale teraz jest teraz. Doskonale rozumiem intencje organizatorów i podobają mi się one, rozwiązując ogromny problem larpów. Niemniej nie wszyscy to łapią, miałem na ten temat długą rozmowę z kolegą, starając się go przekonać do tego punktu widzenia.

 

3. Mechanika walki.

Jest całkowicie i rozpaczliwie popsuta. Nie działa czasem w sposób śmieszny, czasem w sposób denerwujący. Zanim przejdę do wyjaśnienia, podam jej pozytywy:

Wolno uderzać, robić sztychy i tak dalej jak się chce, jak długo jest to w granicach zdrowego rozsądku. To jest świetne. Serio. Znowu mam porównanie z mechaniką Flamberga w której zasady są opracowane jakby były dziełem prawnika od umieszczania ostrzeżeń na opakowaniach orzeszków. Dopuszczenie normalnego użycia broni wymusza walkę taktyczną, likwiduje uberbronie. Człowiek z pawężą przestaje nagle być terminatorem. Pawęż jest duża i nieruchawa, właściwie nie da się nią obronić przed ciosem z góry w głowę i to czyni ją zupełnie niepraktyczną jako tarczę dla kogoś innego niż strzelca. Mając oburęczny hispadon zatłukłem dwóch pawężników jak Pudzian przedszkolaków (ciosy z góry w głowę), w dokładnie taki sam sposób w jaki zdarzyłoby się to na autentycznym polu walki. Wszyscy flambergowicze z którymi o tym rozmawiałem, bez jednego wyjątku, wyrazili tę samą opinię. Nie wynikły z tego obrażenia ani obrazy i to pomimo nadmiernie siłowego (o tym za chwilę) sposobu walki na Geas.

Drugi ogromy pozytyw to efekty walk. W mechnice punkcikowej spadają Ci HPki aż nagle przewracasz się i umierasz. Ranny generalnie nie bywasz. Niby można nosić zakrwawiony bandaż, ale mechanika życia i zdrowia jest tak abstrakcyjna że nie da się tak naprawdę grać ran. Nie będziesz sam po walce i trafieniu w nogę kulał gdy nikt inny tego nie robi. W Geas z kolei rany mają efekty. Siedzę w sali jadalnej pisząc coś. Nagle do sali wpada czworo ludzi niosąc między sobą nieprzytomnego mężczyznę w koszuli całej zawalanej (sztuczną) krwią. Krzyki ?medyk! Cyrulik! Na miłość boską, niech ktoś pomoże!?). Ranny układany jest na stole, cyrulicy rzucają się do ratowania mu życia, widzowie dopytują czy nic mu nie będzie. To jest dla mnie potężna scena, coś czego przybliżenie miałem tylko na biesiadach dzikopolowych. Różnica na plus w stosunku do walki punkcikowej która kończy się emocjonalnie zupełnie niczym (spada HP i Mana, co tak nas obchodzi jakby to była gra komputerowa) jest gigantyczna.

A teraz czemu ta mechanika zupełnie nie działa.
W czasie turnieju było kilka walk. W jednej z nich staje naprzeciw siebie dwóch walczących. Walczący A to mój dobry kolega. Jestem stuprocentowo pewien jego profesjonalizmu, prędzej bym samego siebie posądził o oszukiwanie niż jego. Walczy z przeciwnikiem B i zadają sobie mniej więcej tę samą ilość ciosów (niemal każdy z nich śmietelny albo przynajmniej kończący się trwałym kalectwem). Ale mój kolega nie reaguje na te ciosy natomiast jego przeciwnik tak. W rezultacie kolega wygrywa, słaniając się na nogach z przeciwnikiem który leży półprzytomny. Dlaczego? Kolega miał lekką przeszywanicę. Zwyczajnie tych ciosów nie czuł, choć zadane były z rozmachem przed którym przeszywanica tak naprawdę by nie obroniła. Drobiazg? Robi się gorzej.
Walczy ciężkozbrojny (prawdziwa, pełna, stalowa zbroja płytowa, nie larpowe gówno) z kimś ubranym w… w nie wiem co. Wygląda to jak strój BDSM. Zed wypuścił Pokraka z piwnicy. Jakiś miękki powiewający fartuszek z czarnej skóry którego na larpie twierdzącym że „traktujemy to średniowiecze poważnie” po prostu nie powinno się dopuścić. Człowiek w tym stroju BDSM jest całkowitym immortalem. Raz za razem dostaje ciosy na które zupełnie nie reaguje. Czemu nie reaguje? Nie wiem. Może dlatego że jego przeciwnik ignoruje ciosy w prawdziwą ciężką płytę a jemu wydaje się że też ma zbroję (nie ma, serio nie ma)? W ciągu całej walki z wyraźnie coraz bardziej osłupiałym i wściekłym ciężkozbrojnym dostaje w brzuch, w udo, w ramię, w łokieć, dostaje cios z pełnego zamachu w kark po którym głowa poleciałaby na pięć metrów, zostaje zabity z pięć razy i cały czas skacze jak sprężynka. Dochodzi do zwarcia w którym ciężkozbrojny nie może zrobić nic (jeden mocniejszy ruch i blachy zerwą przeciwnikowi zupełnie prawdziwy płat skóry i usłyszymy bardzo immersyjne syreny pogotowia) zaś tekstylny skacze po nim jak młotek po gwoździu. Ostatecznie zdaje się wygrywa ten turniej najprostszą z metod – ignorując ciosy przeciwników, mając całkowite pole siłowe, generowane chyba przez ten BDSMowy ciuch. Kilku ludzi po tym turnieju przynajmniej częściowo udaje rany (tak naprawdę po tym co się tam działo nikt by tego turnieju nie przeżył), on jeden tryska zdrowiem. Patrzymy na siebie z kolegami z niedowierzaniem, ale brak MG, brak arbitrów jest jednym z założeń tego larpa, więc nic nie da się zrobić.
W całym tym turnieju dobre były walki ludzi ciężkozbrojnych, z reko. Wiedzieli co potrafi ich zbroja, wiedzieli co potrafi i jak ma być używana ich broń. Prawidłowo reagowali na trafienia, ufali sobie i swoim umiejętnościom na tyle żeby móc wejść w zwarcie w bezpieczny sposób. Na te walki przyjemnie się patrzyło. Widać było (chyba, pewny nie jestem) nawyki bohurtów (rodzaj walk w reko) ale specyfika broni czyniła te walki fajniejszymi niż bohurty. Tam gdzie walczyli ludzie nie mający pojęcia o swojej broni, ich działaniu, o zbroi i jej działaniu albo po prostu ludzie pijani adrenaliną… tam była rozpacz.

Kolejny przykład. Wielka Bitwa o Trzeciej (odbyła się bodaj koło 18). Zachodzę przeciwnika od tyłu, uderzam poziomo, z pełnego zamachu w plecy. Dwóch po kolei. Z hispadonem to są ciosy które rozrąbałyby człowieka na pół. Obaj obracają się i zaczynają ze mną walczyć. Po prostu nie poczuli przez kolczugi i adrenalinę siły tych ciosów, nie mają pojęcia że powinni zareagować inaczej. Tłukę człowieka w kapalinie z tworzywa sztucznego po głowie. Dostaje cztery albo pięć razy, z zamachu, znad głowy. Taki cios zatrzymałby się gdzieś w okolicach splotu słonecznego. Chwilę potem ten człowiek „udając” nieprzytomnego próbuje mnie dźgnąć. Czy jest po prostu chujem? Nie. Rozmawiam z nim o tym później, jest mu autentycznie przykro że doszło do nieporozumienia. Po prostu nie wie co potrafi wytrzymać kapalin, nie wie co to jest i z jak potworną energią uderza bitewny miecz oburęczny, autentycznie myślał że lekki hełm go przed tym chroni. To jest kolejny wielki problem, ludzie po prostu nie potrafiają rozliczać trafień w siebie bo nawet jeśli je czują (a on przez ten hełm czuł lekkie punknięcia) nie mają potrzebnej ku temu wiedzy. Istnieje bardzo wyraźna dychotomia. Ludzie z reko, raz solidnie trafieni, schodzą natychmiast. Larpowcy walczą dalej z żebrami wystającymi przez puste oczodoły, potykając się o swoje jelita i śledzionę. Problem jest na tyle duży i wyraźny dla wszystkich że w tej Wielkiej Bitwie o Trzeciej zaczęło się po prostu siłowe napierdalanie, bo to jedyny sposób żeby przeciwnik poczuł cios i zorientował się jak jest poważny. Walka rozstrzygnęła się jako-tako tylko dlatego, że stosunek sił był jak 3:1 i obrońcy po prostu zniknęli pod pałami ZOMO. Gdyby siły były równe jestem przekonany że doszłoby do paskudnych scen.

Czy ta mechanika, taka jaka jest, jest do naprawienia? Nie. Przepraszam, naprawdę nie sądzę aby to było możliwe. Mechanika walki zupełnie nie działa. Czy raczej – działa dla jednego człowieka na pięciu, sześciu. W tej mechanice przegrywa uczciwszy albo mający większą wiedzę o broni, względnie mniej dający się ponieść adrenalinie.

To nie znaczy że mechanika punkcikowa jest absolutnie lepsza. Na moich larpach zrobiłem coś pośrodku i, moim zdaniem, działało doskonale. Ale to raczej temat na inny tekst.

 

Scenariusz

Krainą mądrze rządził Król Artur. Ale Lancelot wyruchał mu Ginewrę i Artur zwołał wszystkich na sąd. Trochę tam było więcej, ale organizatorzy nawet się szczególnie nie kryli z tym że to mit arturiański jest bazą opowieści.
To co się dzieje i upadek autorytetu Jana Kościeszy (Artura) staje się powodem polityki, aliansów, układów, sądów, rozlewu krwi. Nie będę opowiadał ze szczegółami – w scenariuszu nie byłem zaczepiony w ogóle i nie tak wiele z niego widziałem. Geas reklamowany jest jako larp w którym chodzi o immersję i „przeżywanie”, nie o robienie questów. OK, to dobra reklama. Tymczasem scenariusz jako taki jest najbardziej standardowym scenariuszem larpowym z układaniem się, spiskowaniem, wbijaniem sobie metaforycznych sztyletów w metaforyczne plecy i robieniem questów. Jeśli ktoś chce szczególnie przeżywać to szczególnie przeżywa, jak na każdym larpie. Wyjątkowości w tym nie ma żadnej. Czy miała być? Nie wiem, to nie do mnie pytanie. Scenariusz jako taki napisany jest sprawnie i logicznie, chociaż jego kulminacja jest niestety całkowitym Deus ex Machina. Frakcja iwilów robi nagle całkowitą rozpierduchę i trzeba aby Coalition of the Willing ich pobiła. Nie mają absolutnie żadnego logicznego powodu dla zrobienia tego co zrobili, jest to rozkaz MG. Zrobione jest to najwyraźniej wyłącznie po to aby była Wielka Bitwa o Trzeciej i aby zakończył się larp. Nie jest to jednak szczególnie rażące, wszyscy są zadowoleni, generalnie scenariusz „obrócił” się dobrze. Wszelkie zastrzeżenia do niego są nie tyle winą wykonania, co marketingu na tyle skutecznego że nic prawdziwego nie mogło mu dorównać.

 

Poziom techniczny i stroje

W sali jadalnej wiszą herby poszeczególnych rodów. Wszystko co współczesne jest zamaskowane. Jemy z drewnianych misek, drewnianymi łychami (na dobre wyszedł mi średniowieczny zwyczaj noszenia sztućców przy pasie) żarcie które (z wyjątkiem ziemniaków) byłoby dostępne w średniowieczu. Kaplica wygląda jak kaplica, zamek wygląda jak zamek, prawie nic nie muszę sobie wyobrażać. To jest cholernie profesjonalnie zrobiona impreza, wysiłek w nią włożony i poziom uzyskanego efektu budzi podziw. Nie robiłem nigdy imprezy z żarciem i noclegiem na wynajętym zamku (olbrzymia odpowiedzialność!) ale potrafię sobie z grubsza wyobrazić jak potężne jest to zadanie logistyczne. Do tego pojawiają się konie na których część graczy jeździ. Wprawdzie trochę są aby być, bez szczególnego nawiązania do czegokolwiek, ale i tak sam fakt jej obecności czyli larpa o oczko lepszym.

Stroje… hmm. Z moich doświadczeń larpowych wynika że lepszych strojów od larpowców wymagać się po prostu nie da. Poziom nie dorównuje pamiętanym przeze mnie imprezom dzikopolowym, ale Dziko-Polo to było coś specyficznego, w połowie drogi między larpem a reko. Są glany i treki, są sztruksy albo spodnie od garnituru noszone jako „klimatyczne” spodnie, są plastikowe sandały miejskie, zdecydowana większość strojów nie ma ze średniowieczem nic wspólnego (wyróżniają się ludzie z reko). Ale jak na larpy jest to standard powyżej którego nie ma nic. Jest tak dobrze jak być może. W tym sensie to impreza z najbardziej pro poziomem strojów jakie widziałem. Dochodzą tu posiadane przez część uczestników gadżety. Dziewczyna grająca niewidomą harfiarkę ma autentyczna irlandzką harfę i potrafi na niej grać. To jest naprawdę mocne. Pisze się gęsimi piórami, naprawdę niewiele jest zgrzytów psujących wrażenie.

 

Problemy i zgrzyty

Bez kategoryzacji, te mniejsze zebrałem po prostu w jednym miejscu.

    • Scenariusz sprawia wrażenie prześcigniętego przez rozwój larpa. Pierwszy Geas był na bodaj 60 osób, obecny na ponad 100. Wydaje się że scenariusz wciąż jest na 60 osób. Zastanawiam się czy zrobienie takiego „głęboko przeżywanego” scenariusza o jakim legendy opowiadali ludzie po pierwszym Geasie jest w ogóle możliwe dla setki osób. Organizatorzy popełnili chyba błąd przyjmując wszystkich jak leci aż do ostatniej chwili. W rezultacie dużo ról było niezaczepionych w żaden sposób o scenariusz – były postaci, ale nie miały roli w grze. Moja była jedną z nich. Nie przeszkadzało mi to w ogóle, ja z góry nastawiałem się na to że będę się przyglądał, porozmawiam trochę, pojem, popiję, nie miałem nawet ochoty na questy i politykę. Całą sobotę właściwie się snułem. Dla mnie nie problem, ale dla innych ludzi to był problem. Koleżanka powiedziała mi że to najgorszy larp w jej życiu. Dziewczyna jest bardzo emocjonalna i raczej nie miała tego naprawdę na myśli. Widziałem ją wcześniej, wyglądało na to że dobrze się bawi. Miała po prostu chwilowego doła, ale sam fakt takiej opinii dał mi do myślenia. Jeden chłopak poznany na Geasie powiedział mi że głupio mu teraz przed wszystkimi ludźmi którym tego larpa rekomendował, bo różnica między 2011 a 2012 jest drastyczna. Kilku znajomych nudziło się jak mopsy w cukierni, zwyczajnie nie mieli co robić. Różni są gracze larpowi. Jednym można powiedzieć „jesteś trójkątem”  i trzy dni będą się fantastycznie bawić jako trójkąty. Mam koleżankę która potrafiła spędzić trzy dni Gladionu w lesie mówiąc do drzew i świetnie się bawiła. Ale sporo ludzi potrzebuje jakiegoś zajęcia, realnego celu, zahaczenia o scenariusz. Dla koleżanki która była w samym środku scenariusza była to jedna z najlepszych zabaw w życiu, dotąd jest nią nabuzowana. Dla kilku znajomych którzy byli całkowicie poza orbitą czegokolwiek była to nuda. Moim zdaniem wynika to właśnie z przyjęcia zbyt dużej ilości postaci, większej ich ilości niż uniósł to scenariusz i organizatorzy (niektórzy ludzie role dostawali dopiero na grze).
    • Wynikający prawdopodobnie z powyższego problem z otrzymaniem roli i ich opisem. To że wysyłane mailem teksty miały jeszcze tagi xmlowe nie jest takie istotne, ale część ludzi dostała je dopiero na grze (a były tam rzeczy do których trzeba się było przygotować znacznie wcześniej). Jedna z koleżanek w swoich celach miała „?” (rola ewidentnie nie napisana i odłożona na później) i musiała je sobie sama wymyślić. Komunikaty larpowe były wysyłane na Facebooku, nie było ich w ogóle na stronie. Na stronie nie było też informacji o grupie facebookowej (jest link, ale bez informacji że to tam odbywa się komunikacja i to tam zamieszczane są nowości). Nie była ona bardzo aktywna (ciężko było ją wyłowić w feedzie znajomych) i bycie na niej mogło być raczej dziełem przypadku.
    • Szlugi. To jest coś co zupełnie mnie zszokowało. Papierosy palone zupełnie otwarcie, w czasie gry i w czasie rozmów w klimacie. Wyszedłem po wieczerzy z zamku i wokół było pełno ogników. Szczerze mówiąc tak straszliwego badziewiarstwa nie widziałem w swoim życiu nigdy, na żadnym larpie i to włączając w to imprezy z lat 90tych kiedy to wszystko dopiero się zaczynało.
    • „Niegranie” świata i nie granie światem. To jest problem wbudowany w każdy świat historyczny albo parahistoryczny. Świat światem ale i tak gramy ludźmi z XXIw, Jankesami na dworze Króla Artura. Dopiero lektura kilku książek o średniowieczu pozwala dostrzec same zręby tego jak totalnie inni byli ci ludzie, jak zupełnie niemożliwym jest wejście w ich skórę. Większość nawet nie próbuje. Stąd sceny takie jak zupełnie absurdalny sąd nad Ginewrą (pan i władca pyta o zdanie zwykłych chamów!). W jego czasie zaczęły się przemowy takie jakby reporterka Vivy, ministra Środa i szwedzcy pracownicy społeczni starali się rozwiązać problemy niedogranego małżeństwa. Włosy siwiały, jeszcze chwila i poproszonoby psychologa i zalecono ferie wypoczynkowe oraz Terapię 12 Kroków. Ludzie całkowicie nie czuli tego że powinni grać postaci ze średniowiecza, nie z XXIwiecznej Polski. Serio, to nie był żaden sąd tylko spotkanie Grupy Wsparcia. Była też podobna scena dyskusji o tej całej sprawie (i o religii) w której uczestniczył doskonale grany przez kolegę kapłan i parę innych osób. Słysząc z tym kapłanem kolejne frazesy i cytaty z Harlequina i Gali o miłości co wszystko pokonuje patrzyliśmy na siebie, kręciliśmy głowami, ale co właściwie mielibyśmy zrobić? Obaj próbowaliśmy siedzieć w jednym paradygmacie, wewnątrz épisteme nie pozwalającego na żaden kontakt z Jankesem na Dworze Króla Artura. W takich rozmowach nie istnieje możliwa przestrzeń porozumienia. Nie sądzę zresztą aby była na to jakaś rada i jest to jeden z powodów dla których uważam parcie Kamila na realne średniowiecze za awykonalne. To nawet nie jest to że nie każdy umie się bawić w obyczajowość i umysłowość średniowiecza, po prostu mało kto chce.
    • Chwilami niski poziom empatii i spora buta organizatorów. Jeszcze przed larpem wszelkie pytanio-wątpliwości były ucinane krótkim „jak się nie podoba to nie przyjeżdżaj” (to parafraza, nie cytat). Na samym larpie koleżanka próbująca się czegoś dowiedzieć została uciszona krótkim „to jest mój larp, nie twój”. Jestem znany jako buc bez śladu empatii, ale ja bym z takim tekstem nie wyjechał, serio. Koleżanka została zabita i miała leżeć na ziemi. Problem w tym że ma tendencję do szybkiego przeziębiania sobie nerek, po prostu nie może dłużej leżeć na zimnym dziedzińcu. Powiedziała to organizatorom, których nie poruszyło to w ogóle. Immersja ma swoje granice i sytuacja w której gracz sika krwią (takie są często dla niej konsekwencje dłuższego leżenia na ziemi) jest bardzo daleko poza nimi. Domyślam się że to zjawisko braku empatii częściowo bierze się z nadmiaru chętnych (organizatorzy mogą sobie pozwolić na dyktowanie własnych warunków), częściowo po prostu ze zdenerowowania i napięcia które musi towarzyszyć robieniu w dość małym zespole tak wielkiej imprezy. Niemniej wrażenie nienajlepsze.

 

Podsumowanie

To był doskonały larp. Większość pochwał padła już powyżej, ale powtórzę – zupełnie nie żałuję że na nim byłem i doskonale się bawiłem. Kiedy mówię że bywałem na lepszych imprezach trzeba pamiętać że porównania między larpami są zwodnicze. To że ja byłem na lepszej imprezie znaczy tylko tyle że ja lepiej się bawiłem na innej imprezie. Badania socjologicznego obiektywnego poziomu rozrywki przeprowadzić się nie da. Z każdego większego larpa ktoś wyjdzie niezadowolony. Organizatorzy nie zrobili wielu błędów, za to odwalili kawał potężnej roboty i za to należy im się ogromne uznanie.

 

Notki i dodatki.

 

Dla rekoludków. Czy warto jeździć na takie imprezy?

Kilkoro ludzi z reko wyraziło zainteresowanie takimi larpami wiedząc że wybieram się na Geas. Najpierw przywołam rozmowę z trzema chłopakami z reko, którą odbyłem tuż przed wyjazdem. Szło to jakoś tak:

Wszyscy trzej byli w reko późnej XV/ wczesnej XVI. Nazwali reko „najdroższym piciem na rynku”. Przyjazd na zamek, przebieramy się w stroje, jakieś krótkie manewry a potem cały dzień pijemy włócząc się bez większego sensu i celu. Na larpie coś się dzieje, coś jest do roboty, jest klimat.

Nie do końca się z tym zgadzam ale chyba i ja i inne rekoludki rozpoznajemy o czym mowa. Dorzucę własną anegdotę:
Vivat Vasa, nocny marsz z pochodniami przez miasto. Maszerujemy kolumną muszkieterów za konnicą, pochodnie w rękach, buty walą o bruk, muszkiety na ramionach. Mieszkańcy machają rękami i wiwatują. Jest pięć ton klimatu, jestem zachwycony. Kark prosto, głowa 5 stopni w lewo, links! links! links, rechts, links! Nie mogąc tego wytrzymać dwaj koledzy obok mnie zaczynają rozmawiać o swojej pracy w banku i o swoich komórkach. Jakby ktoś ze skorpiona balon przekłuł.
W reko jest ten sznyt anty-ethosowy („ethos, pathos, pornos”). Jak tylko pojawi się jakiś nastrój, klimat, trzeba się od tego natychmiast odciąć, pokazać że nas to nie rusza i my się tylko przebieramy. Dokładne przeciwieństwo larpa. Rozumiem powody dla których to się dzieje, znam genezę tego, ale bywa to strasznie męczące. Na larpie można bez zażenowania „wczuwać się” i na chwilę spróbować osiągnąć ten aspekt rekonstrukcji który normalnie pomijamy, przynajmniej na własne potrzeby. W tym znaczeniu warto.
Trzeba mieć jednak filtr na stroje i poziom techniczny. Solidną sepię w poprzek pola widzenia. Dla rekoludków strój jest celem, dla larpowców środkiem, strój ma być katalizatorem wyobraźni. Rekoludek bawiący się w to musi umieć zignorować i przyjąć za dobrą monetę mrok i szatana tak potworne, że wyleciałoby się za nie nawet z Golubia-Dobrzynia albo z Oblężenia Malborka. Glany, sztruksy i tunika mogą być strojem szlachcia. W czasie uczty podszedł do nas człowiek ubrany w jakąś szmatę tak ubogą, że wyglądał jak ruski chłop pańszczyźniany. Biorąc go za sługę (wyglądał gorzej od prawdziwych sług) posłałem go po piwo na co on wyskoczył „czy ty wiesz kto ja jestem?!”. Okazało się że możny szlachcic, kuzyn pana zamku, i jako takiego odtąd muszę go traktować. Trzeba na to brać poprawkę, umieć dokonać tej korekty myślowej. Jeśli to potraficie – tak, warto jeździć na takie imprezy.

 

Flambergowicze, Fantazjadowicze etc

Zafrapowało mnie to. Już po grze w rozmowie padły uwagi o odmiennym stylach gry. Ja sam w ogóle ich nie zauważam, relacjonuję to co mówili inni. Otóż Flambergowicze (pono) charakteryzują się niskim indywidualizmem gry. Tworzą doskonale zgrane, karne i zdyscyplinowane grupy w których jest wódz-dwóch i przydupasy. Dobrze odnajdują się w sytuacjach gdzie jest jasny schemat dowodzenia (jak obecne na larpie rody szlacheckie), źle tam gdzie trzeba grać indywidualnie i introwertycznie.
Fantazjadowcy podobno (według kilku Flambergowiczów) grają „histerycznie”. Mają emocje na 0 albo na 10 i nic pomiędzy tym nie istnieje, a każda jedna emocja musi być natychmiast wciągnięta na maszt i otrąbiona. Lekkie zdenerwowanie to od razu łzy i hiperwentylacja. Potrafi to tworzyć bardzo efektowne i mocne sceny, ale czasem wywołuje irytację przeginaniem drobnych wydarzeń w wielkie dramy.
Orkonowicze mają tendencje do traktowania settingu lekko i ironicznie, rozwiązywania questów bardzo pobieżnie, bez wchodzenia w nie głęboko. Flambergowiczom najwyraźniej dobrze się z nimi gra, gorzej z Fantazjadowcami.

Powtarzam, ja sam niczego takiego w ogóle nie dostrzegam. Przytaczam opinie innych jako ciekawostkę.

Komentuj przez Facebooka
Tagi: ,

8 Responses to LARP Geas 2012, recenzja

  1. Silverclock napisał(a):

    A tak z boku – scenariusz scenariuszem, starania orgów staraniami a gracze sobie.
    To nie organizatorzy, tylko właśnie gracze sięgali po papierosa (zamiast fajki), to gracze na noc przebierali się we współczesną piżamę i włazili do współczesnego śpiwora, i gracze raczyli się nudzić kiedy im rozruchowego questa zabrakło.
    Pomijam świeżaków, którzy zaczynają larpować i biorą przykład z tego, co widzą u "starszych"; problem leżał głównie w wyjadaczach, którzy po kilku piwach nie potrafili utrzymać klimatu czy choćby wycofać się z imprezowaniem do części wyłączonej.
    Wskazywanie palcem organizatorów, którzy jasno na wstępie (a wcześniej na stronie www) określili zasady jest zwyczajnie złym kierunkiem dla palca. Jeżeli ktoś oczekuje, że organizator po tym jak przez rok tyra dla wspólnej zabawy będzie potem jeszcze ciosał ludziom kołki na głowie w czasie gry, błądzi.
    Byłam na pierwszym Geasie, gdzie gracze kąpali się w balii, biegali na boso (pomimo przymrozku) i spali na siennikach z partnerami z gry a nie realnego życia. Zapewniam, że to w ludziach tkwi ten ostatni wkład, jaki musi zostać poczyniony, by zaistniał "klimat".
    Czy zrobiłam swojego questa? Nie miałam questa. Na karcie postaci stało "wierzysz w Ammana, nie masz zdania na temat słuszności czyichkolwiek racji w procesie, dopóki ktoś cię nie przekona". To wszystko. Wchodzę jako zbiegły z terminu cukierniczego chłystek w przykusym dublecie i czerwonych rajtuzach, chowam kartkę z rolą za pazuchę i od tej chwili mój klimat jest w moich rękach.
    Bawiliśmy się tam razem i tak samo organizatorzy, jak gracze mogli zwracać uwagę "popuszczającym" a ci z kolei trzymać fason.

  2. Piotr Smolański napisał(a):

    Zawsze strasznie łatwo jest zrzucić winę za jakiś problem na graczy i potraktować ich w ten sposób jako wrogów larpa. Larp byłby świetny gdyby nie gracze. To droga donikąd. Mówię w powyższym tekście o tym że Geas przerósł organizatorów samą wielkością. Setka ludzi potrzebuje innego rodzaju zarządzania niż pięćdziesiątka czy sześćdziesiątka. Autentycznie potrzebni są arbitrowie, którzy zwyczajnie każą papierosa zgasić albo wyjść z nim poza teren. Ja naprawdę czegoś takiego nie widziałem nigdy a nie uwierzę że na Geas 2012 byli najgorsi gracze w historii larpów. Po prostu larp w czasie swojego trwania nie był skutecznie zarządzany, a był za duży na takie pozostawienie luzem.

    To że nie miałaś questa pasuje Tobie i o tym też pisałem. Ale to że pasuje to Tobie nie znaczy że pasuje każdemu. Pośród setki ludzi znajdziesz dość równy podział na ludzi których pozostawić z rolą "jesteś bednarzem" i takich których nie można. Lepiej chyba napisać mniej ról starannie, niż więcej kiepsko?

    Kolejna rzecz. Żeby "klimacić" trzeba z kimś rozmawiać. Jeśli gracz miał postać szlachcica bez roli, to drastycznie ograniczało mu to możliwości rozmów. Z chamami nie bardzo. A ze szlachtą? Było jakieś 40-50 osób silnie zahaczonych w scenariuszu i te osoby robiły swoje questy i cele i zwyczajnie nie miały czasu na rozmowę z kimś kto tym questom albo celom nie służył. Wyraźne to było zwłaszcza w sobotę kiedy wszystkie rody i możni gnali już w kierunku finishu, w gorączce sojuszy i spisków. Wtedy nie dało się już z nimi "poklimacić" a to postaci szlachcica odbierało niemal wszystkie możliwości interakcji. Można oczywiście siedzieć na dziedzińcu i obserwować zachodzące słońce, ale nie wszystkim taki rodzaj aktywności larpowej odpowiada.

  3. Silverclock napisał(a):

    Nic mnie nie przekona, że ludzi trzeba niańczyć i że to obowiązek orgów. Widziało się larpy na 300-400 osób nieraz i niemal zawsze ich powodzenie w ostateczności zależy od tego jaka obsada się trafi. Jak na imprezę przyjedzie więcej "klimacących", jest dobrze. Jak trafi się mocna ekipa imprezowiczów, rozkleją najfajniejszy klimat.
    Powtarzam – głównie "starzy" wyjadacze partaczyli tym razem. Osoby, po których nie spodziewałabym się, że mogłyby zasłużyć na zwrócenie im uwagi. I tak to zapamiętam; miałam super zabawę a Iksiński w pół sceny nagle mnie nazwał oftopową ksywą i zagaił o coś pobocznego. Nie ważne ilu Orgów by wtedy stało dokoła, nie cofnęliby tego (mówię także w imieniu przyjaciół, którzy mieli swoje questy bardziej lub mniej wbite w scenariusz a podzielają moje zdanie)
    Czy powinien być zamordyzm? Być może, tylko nie wiem czy na prawdę należy mieć pretensje do orgów, że go nie stosowali, czy też do siebie (i każdego z współbawiących się), że się samemu uwagi współgraczom nie zwróciło, tylko zniesmaczone oko przymknęło.

  4. Piotr Smolański napisał(a):

    Nikt Cię nie próbuje do tego przekonać. Idziesz w straszne skrajności. Albo całkowity żywioł i nikt w ogóle niczego nie kontroluje, albo "niańczenie" i "zamordyzm". Gdzieś pośrodku między tymi skrajościami istnieje inteligentne życie 🙂

  5. Anonimowy napisał(a):

    Po pierwsze swietna recenzja, poruszone w zasadzie wszystkie aspekty! Brawo!

    Cóż. Co do tych trójkątów i innych. Ja wychodze z założenia ze dobry gracz nudził się nie bedzie. Dobry gracz sam sobie znajdzie zajęcie.
    Z takiego zalożenia wyszedłem organizując na szybko grupę knechtów Jana koscieszy (straż w biało czerwonym). I świetnie się bawiliśmy nie mając żadnych questów. Jeżeli się chce to się potrafi… 15min rozmowy przed grą.. "To ja zasne na warcie.." "To ja przylece na zbiórke z miotłą zamiast halabardy" "To ja się zwale na podloge podczas uczty". Proste, pozornie głupie pomysły dały nam sporo frajdy.. Wieczór spędzony na murach przy piwie.. wydawałoby się że będzie offtop. Nie.. przyszedł jakiś ubogi szlachcic, jakaś służka.. było wesoło, było w klimacie.. mimo że pozornie o tematach nie związanych ściśle z grą. Da się. Trzeba chcieć.

    Pierwszy Geas był larpem na który gracze byli zapraszani.. Była duża selekcja uczestników. W tym roku tego nie było, moze stąd taki spadek jakości.. nie wiem. Ja go jakoś mocno nie odczułem.

    Co do walki w tej mechanice. To gra, to działa. Zapraszam na larpa New Age robionego przez Liveform. Krótka prelekcja co i jak… odpowiednie przemówienie do graczy i tadam! Piękne walki bokserskie, epickie starcia z użyciem magii i broni palnej!
    https://www.facebook.com/liveform.studio?ref=ts&fref=ts

    pozdrawiam, ocet

  6. Anonimowy napisał(a):

    Też mi się wydaje, że główny minus, na jaki zdajesz się wskazywać – realizm walki, można rozwiązać poprzez, krótkie kilku-minutowe zwrócenie uwagi na to, tuż przed rozpoczęciem Larpa, bo wydaje mi się, że raczej to wynika z niewiedzy niż ze złej woli graczy. To by po prostu wiedzieli, jak ocenić wytrzymałość pancerzy i mogli adekwatnie do tego reagować w czasie walki. Ocet wyżej pisze, że jest to możliwe i całkiem możliwe, że tego zabrakło, ale można na przyszłość to poprawić.

  7. nika napisał(a):

    Świetna recenzja! Dzięki, że chciało ci się tak dotkliwie rozebrać Geas na części. Sama nie grałam, natomiast cieszę się, że mogłam pomóc dzielnej straży, która nie mogła uczestniczyć w uczcie! Służba swoje 5 minut miała zanim wnieśliśmy wam półmiski.. a potem już tylko wszędzie biegiem.

    Pozdrawiam ciepło,
    nika

  8. MiW napisał(a):

    2012
    autor pomylił się w wielu sprawach warto to sprostować.

    WYSIWYG nie byl wóczas jakąś nowa mechniką. Ma w h wad i wszystkie od razu były znane. Poprzez dodawanie nowych zasad dosyć szybko klasyczny WYSIWYG został zresztą zanegowany i grając WYSIWYG ma się dłuższa i bardziej skomplikowaną mechanikę niż klasycznie ;). Natomiast tam gdzie rzeczywiście się sprawdza to na małych larpach, gdzie grają sami gracze dobrej woli albo „ulegliwi” gdzie mamy również nadzór MG ( tak na wszelki).

    Zasada nie bądź dupkiem nie rozwiązuje konfliktów pomiedzy graczami, wręcz odwrotnie – to zaprzeczenie niestety dobrych zasad jak i samej mechaniki jako takiej – wynika to z relatywizmu bycia dupkiem oraz zastosowań tej reguły do wielu sytuacji ( nie tylko zabijania kogoś). Sytuacja opisana w artykule to zasada z Fantazjad wynikająca z przyjętego stylu gry. Nie należy jej mylić z zasadą nie bądź dupkiem, która ma o wiele szersze zastosowania i umożliwia graczom granie sprzecznie ze swoją postacią.
    To samo odnosi się do walk w WYSIWYG – i tutaj autor jakoś zauważa jak to praktycznie działa. Więc osobiście się dziwie, że autor nie widzi problemów zasady dupkowania 😉 .

    W punkcie pierwszym pisanie, że medycy mechanicznie kogoś leczą na zasadzie ” to ja cie opatruje” jest obraza dla wielu larpow w tamtym okresie. Tylko na larpach niszowych malych lub po prostu skrajnie marnych tak to się odbywało ( wliczając w to zdecydowaną większość larpów konwentowych).

    ammanizm tak właściwie oparty jest na chrześcijaniźmie, więc nie bardzo wiem do jakich sytuacji autor nawiązuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.