O recenzjach to i owo, czyli nawet nienapita Flinta raz do roku wypala

Data: 1 marca 2012
Kategorie: Fantastyka, Fantastyka: Publicystyka
Odsłony: 520
 Like

Tekst pierwotnie opublikowany w styczniu 2007.

Przyszły takie czasy, że muszę się pożegnać z recenzowaniem polskiej fantastyki. Robię to z żalem, ale – tak trzeba. W tak małym środowisku jedynie nieliczni mogą sobie pozwolić na godzenie działalności recenzenckiej z jakąkolwiek inną związaną bliżej z literaturą, a ja – niestety – do tych nielicznych nie należę. Nawet w normalnych warunkach recenzowanie rodzimej produkcji fantastycznej przypomina stepowanie po polu minowym z powodu bezustannych posądzeń, a nawet oskarżeń, o kumoterstwo, czy też wręcz przeciwnie (w myśl zasady: pochwalił, bo kumpel, sflekował, bo się nie lubią), zarówno na szczeblu indywidualnym, jak i całych wydawnictw. I nie przeczę, że takie praktyki mają miejsce, ba, dzieją się nawet ciekawsze rzeczy, o których nieco niżej. Chodzi mi tylko o to, że nie jest to zjawisko tak powszechne, jak można by sądzić po ilości pomówień. Tym niemniej gdybym recenzował książki istniejąc jednocześnie na rynku wydawniczym po drugiej stronie barykady, i to jednoznacznie związany z pewnym wydawcą i pewną grupą pisarzy, moja subiektywna obiektywność stanęłaby pod dużym znakiem zapytania, dając pole do popisu różnym takim, co lubią wrzeszczeć. A ja strasznie krzyków nie lubię.


-Miracle_Cure!-_Health_Fraud_Scams_(8528312890)Zanim jednak przyjrzymy się różnym ciekawym przypadkom recenzenckim, zadajmy sobie pytanie, czego tak naprawdę od recenzenta się oczekuje. Osobiście przychylam się do zdania Rafała Ziemkiewicza (wiem, popieram, bo znajomy), który stwierdził w jakimś tekście (mógł nie twierdzić tego dokładnie w taki sposób, przytaczam z zamierzchłej pamięci i przybrane o własne przemyślenia), że guzik go obchodzi, co recenzent sądzi o książce. Dużo bardziej interesują go informacje o tym, o czym książka jest i do jakich tytułów jest podobna, w myśl zasady, że jeśli lubię Pratchetta, prawdopodobnie polubię poczucie humoru Christophera Moore?a, ale produkcji Michaela Gerbera (ten od parodii Narnii i Harry?ego Pottera) nie tknę nawet dwumetrowym uziemionym kijem. Taka koncepcja jest słuszna w przypadku czytelników-erudytów, ale ci nie mającej dużej bazy lektur zwyczajnie nie będą wiedzieli, do czego dany tekst jest porównywany, i zwyczajnie niewiele z recenzji wydobędą. Dlatego ideałem jest – moim zdaniem – ocenianie książki przy jednoczesnym przytoczeniu książek podobnych i próbą zasugerowania, komu może się dana pozycja spodobać. Jestem przy tym zagorzałym przeciwnikiem ocen wieńczących recenzje – tych wszystkich gwiazdek, rakiet, skal szkolnych czy iluśtamstopniowych – ponieważ mam je za zupełnie niemiarodajne, a przy tym odrobinę bezsensowne – nie po to tłucze się te kilkaset/kilka tysięcy znaków (niepotrzebne skreślić), żeby potem czytelnik zerknął tylko na ocenę. Nie wspominając o tym, że zupełnie nie wyobrażam sobie, w jaki sposób recenzent jest w stanie zadecydować, czy książka zasługuje *tylko* na 3, czy *aż* na 3,5. Odbiór literatury, i w ogóle sztuki, jest sprawą tak subiektywną, że ocena taka mówi coś wyłącznie recenzentowi, czytelnik może tą samą książkę ocenić zarówno na 1, jak i na 5, i też będzie miał rację. Jedyną sytuacją, w której sugeruję się gwiazdkowymi ocenami utworów, są recenzje filmowe w gazwybie – przy czym należy rzeczone oceny rozumieć dokładnie na odwrót. Wychodzi więc na to, że sens mają tylko oceny opisowe, zawarte w recenzji, plus ewentualnie krótkie podsumowanie w postaci listy plusów i minusów danego utworu. I taki model stosujemy w naszym serwisie, ze skutkiem, którego ocenę pozostawimy naszym Czytelnikom.
Wspominałem o subiektywnej obiektywności recenzenta, i, zanim przejdę do następnego akapitu, wyjaśnię, o co mi chodziło. Otóż oczywistym jest, że recenzje sztuki w żaden sposób nie mogą być obiektywne. Ktoś, kto zarzuca recenzentowi, że jego tekst jest subiektywny, nie udowadnia wcale (podczas gdy sądzi, że udowadnia), że recenzent jest szuja i aparatczyk, a tylko to, że ten ktoś nie zrozumiał, czym jest recenzja. Pisałem już, że odbiór sztuki jest czymś skrajnie subiektywnym, co oczywiście oznacza, że żadna recenzja obiektywną być nie może, bo de gustibus cośtam cośtam. Może być natomiast obiektywna w swej subiektywności, to znaczy opisywać prawdziwe wrażenia recenzenta z lektury, a nie sfabrykowane opinie wynikłe ze znajomości, szantażu (znane są przypadki warunkowania przydzielenia egzemplarza recenzenckiego napisaniem pozytywnej opinii), czy też rozkazu rednacza.
Pisałem o machlojkach związanych z recenzjami, rozwińmy więc ten wątek. Jest dwóch takich recenzentów, o których pisałem już kiedyś, w cyklu „PeKaeSem” w magazynie Fahrenheit.

Pierwszym jest recenzent-wydawca, niejaki S., który swego czasu zamieszczał teoretycznie przekrojowe polecanki na jednym z dużych serwisów branżowych. Dziwnym trafem w tych przekrojowych tekstach dobre opinie zbierały wyłącznie pozycje z jego wydawnictwa (również S.), a propozycje konkurencji pojawiały się raz na ruski rok i wyłącznie mimochodem. Po moim tekście tyczącym się tej sprawy oskarżony bronił się, twierdząc (krzykaczy zawczasu informuję, że skracam i parafrazuję, to nie praca naukowa), że oczywiste jest, że poleca swoje książki, bo musiałby mieć coś z głową, żeby wydawać coś, co mu się nie podoba. Twierdzenie skądinąd słuszne, tylko że w cywilizowanych krajach polecanie swoich produktów nazywa się reklamą, a nie recenzją.

Drugi recenzent, B., zasłynął w środowisku tym, że pod pseudonimem recenzował własne książki. Wydźwięku tych recenzji nietrudno się domyślić, w końcu musiałby mieć coś z głową, żeby pisać i zabiegać o wydanie czegoś, co mu się nie podoba, prawda?

Ale takich ludzi jest więcej. Jest nawet taki, dzięki któremu powstała Terra Fantastica. A było to tak: portal, w którym działała cała obecna redakcja TF, objął patronat nad debiutancką książką pisarza (z braku lepszego słowa) A. Objął zresztą nie konsultując tego w żaden sposób z ludźmi zajmującymi się tam literaturą. Potem była przepozytywna recenzja autorstwa jednego takiego, który wcześniej zajmował się pakowaniem i wysyłaniem zakupów w portalowym sklepie, a potem – walki o pozostawienie tego, koszmarnego skądinąd tekstu „na wizji” i nie zdejmowanie drugiej, negatywnej recenzji, którą ktoś inny szybko napisał. Plus pyskówki pod obydwoma tekstami i najeżdżanie na autora negatywnej recenzji przez samego autora i jego klony (nazywał je przyjaciółmi, ale zastanawiające, że wszyscy pisali o jednej porze i z jednego IP). Skutkiem tego literatura z portalu sobie poszła, powstała Terra, a dział recenzji w opuszczonym serwisie gryzie piach pod względem poziomu.

Nakreśliłem tu świat recenzencki w czarnych barwach, ale to tylko dlatego, że nie jest zamiarem tego tekstu opisywanie jego blasków. Nie jest tak źle. Natomiast nie może dziwić moja decyzja wycofania się z recenzowania polskiej fantastyki. Wciąż będę ją czytał – i, jeśli dobrze pójdzie, pisał – ale nie będę narażał TFu ani siebie na oskarżenia o nieuczciwe recenzje. Bo, jak już wspominałem, nie lubię krzyków.

Komentuj przez Facebooka
Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.