Polityka i topos w fantastyce, czyli osmoza bredni.

Data: 1 marca 2012
Kategorie: Fantastyka, Fantastyka: Publicystyka
Odsłony: 435
 Like

(pierwotnie opublikowane w listopadzie 2005)

Dotąd było tak, że każdy mój felieton kogoś tam obrażał. Żeby zadośćuczynić tradycji, zacznę od „Twój stary” i obrażę po równo wszystkich. A teraz do roboty.

Mawia się, że fantastyka to gatunek oferujący największą wolność twórczą (która to wolność powoduje, że garną się do niej najgorsi grafomani) i zupełne, rozumisz, cieciu, oderwanie od naszego szarego, ponurego, dennego – tu wstawić kilka przymiotników z poezji wielokropkowej – świata. To w pewnym sensie prawda. Człowiek może być wolny od wielu rzeczy, a to od znajomości języka, w którym pisze, a to od talentu, a to od wyobraźni, to znowu od posiadania przynajmniej trochę sfalowanej linii EEG, nie może natomiast być wolny od siebie samego. Im więcej tej wolności, tym większy, tym bardziej tytaniczny trud potrzebny, aby nałożyć samemu sobie ograniczenia, stworzyć jakieś ramy odniesienia dla dzieła, jakiś układ formalny, który sprawi, że gotowa powieść będzie dawała się przeczytać. Im bardziej twórca wolny od pomagających mu ram naszego świata, tym lepszy być musi, żeby wynaleźć sobie inne ramy. Ale jaki by nie był, od samego siebie się nie uwolni. Każdy z nas jest w pewnym sensie lustrem swoich czasów. Kretyni od ruchów wyzwolenia kobiet, gejów, czarnych od woli, niewoli, ucisku i niedocisku, Bóg jeden zresztą wie czego jeszcze i od czego jeszcze nie mieliby szans istnieć w początku XVIII wieku, a bez nich nie powstałby Wiedźmin. Wiedźmin nie powstałby też bez szarlatanów od Greenpeace, bo ani nie byłoby ratowania ekologii w pięcioksięgu, ani nie byłoby ludzi, skłonnych ten bełkot kupić i wziąć go za dobrą monetę. I tak dochodzimy do tego, że twórca od polityki swoich czasów wolny za diabła nie jest, bo po pierwsze jego poglądy przesączają się do dzieła, a po drugie jeśli nie wyrazi poglądów jakoś zbieżnych z poglądami czytelników, dzieło się nie sprzeda. Stąd masa w obecnej fantastyce uciśnionych mniejszości, wstrętnych kolonizatorów, dobrych mediatorów, co to zawsze wszystkich doprowadzą do porozumienia, głupawych aluzji do współczesnych wydarzeń politycznych i tak dalej i tak ad mortem usrandum. Wracamy do tematu samokontroli i logiki świata tworzonego, prawda? Zacznę od przykładów trochę niższych lotów.

Światek fantastów jest zamkniętą twierdzą, oblężoną przez ocean obojętności i składającą się z ludzi, desperacko pragnących być w jakiś sposób prześladowanymi za posiadaną przez siebie Głębię Duszy. I kilku innych, którzy przekroczyli już mentalny próg 17 lat. W tę czy w tę zaobserwować można w tym światku pewne koncepcje dyżurne, które wzmacniane są w nieskończoność przez kolejnych fantastów, potakujących sobie wzajemnie. I tak istnieją na przykład koncepcje Elfa (elf jest wysoki, ma długie uszy i świetnie strzela z łuku i pije wino), Krasnoluda (krasnolud jest honorowy, macha toporem, śmierdzi i pije piwo). Samolubni ludzie świat niszczą i niczego nie rozumieją, a bronią go Inne Rasy, które świata bronią i wszystko rozumieją. Matki owych Innych Ras niestety tłuką chyba swoje dzieci kamieniami po głowach tak długo, aż te zaczną mówić mrocznym bełkotem, którego nikt nie „czai” i stracą możliwość przekazania ludziom swej nieposiężnej wiedzy. Elfy do tego zabijają ludzi, bo ci ścinają drzewa. Zaczniemy od analizy najprostszych toposów, dobrze?

952370_20090625_790screen004– Elfy zabijają ludzi, bo ci ścinają im drzewa. Skąd się to bierze? Bierze się to ze współczesnego ruchu Green Piss, broniącego świat przed istnieniem papieru i wytworów celulozowych. Ów ruch dzięki przekłamywaniu danych paranaukowych udowodnił wielokrotnie, że żadnych drzew już na Ziemi nie ma, bo wszystkie zostały ścięte. Pytanie – skąd elfy miałyby mieć takie dane? A niech nawet mają, niech znają stan każdego drzewa na ziemi. Stajemy przed innym problemem – średniowiecze/renesans dawało radę utrzymywać las z dala od pół i niewiele więcej. Gdyby wszyscy ludzie żyjący w Europie rzucili się nagle do cięcia drzew, może spowodowaliby jakąś większą zmianę, ale i to mało prawdopodobne. Więc ludzie rąbiący drzewo nie szkodzą nijak lasom, w których żyją (jak wiadomo, z tym nie chce mi się tu walczyć) Elfy. Do tego Elfy, uwaga!, uwaga!, mają (jak wiadomo) łuki. A te łuki nie są zrobione z plastiku. Palą ogniska, a te ogniska nie są „zasilane” węglem. Więc jedni i drudzy radośnie rąbią drzewa, jednakowo (czyli zerowo) szkodąc przyrodzie, ale Elfy zabijają ludzi z powodu rąbania drzewa. Dlaczego? Ano dlatego, że stu kretynów tak powiedziało, a tysiącowi ćwoków nie chciało się nad tym zastanowić. W podobną szufladkę wpadają Druidzi, którzy (jak wiadomo) Żyją W Harmonii Z Przyrodą. Owa Harmonia Z Przyrodą musi się składać głównie z biegania po lasach i tłuczenia po łbie kosturem wilka, kiedy ten chce zeżreć sarnę, albo lisa, kiedy ten chce zeżreć królika, bo z jakiejś przyczyny kiedy człowiek zabija zwierzę, Druidzi wpadają w wielki gniew. Musi żyją W Harmonii z jakąś inną Przyrodą – wegetariańską i respektującą prawa czarnych lesbijskich królików. Bawimy się dalej? Proszę bardzo.

Elfy świetnie strzelają z łuku. Skąd się to bierze? Od Tolkiena i systemów RPG. Wicie, rozumicie, jeśli ktoś żyje w lesie, to w całym swoim życiu nie będzie miał okazji na strzelanie na daleki zasięg. Polując na zwierzęta (a założenie, że wszystkie elfy polują jest dość bzdurne) nauczy się z tego łuku strzelać na dystans 10-30m, przy czym większa część umiejętności będzie szła w tropienie i podkradanie się do zwierzyny. Jeśli nawet będzie szył z tego łuku do zwierząt 300 lat, nie dostając cholery z nudów i nie każąc zajmować się tym gówniarzom, to stanie się fantastycznym strzelcem… na dystansie 10-30m. Na polu bitwy jest to podobnie przydatne, jak umiejętność tańczenia flamenco. Formacja ludzi, którzy przez trzy-cztery lata uczyli się strzelać balistycznie, w formacji (czyli również ponad głowami kolegów), na komendę i na dystans ponad kiludziesięciu metrów będzie kilkanaście razy bardziej przydatna od formacji takich nieszczęsnych leśnych myśliwych, którzy ani umieją manewrować, ani słuchać komend, ani strzelać na dalekie dystanse.

Andrzej Sapkowski i jego grupa magów, chcących ratować ginące gatunki. Tu trzeba się zastanowić trochę bardziej. Załóżmy, że owa grupa magów ma informacje, że gatunki giną. Proste pytanie brzmi – co z tego? Jeśli zakładamy, że zaludniamy stworzony świat kopiami XX-XXIwiecznych Europejczyków, którym od dobrobytu w dupach się poprzewracało, wtedy jest to niezmiernie ważne, bo zielonemu pająkowi w małe czarne kropki, którego nikt oprócz odkrywcy na oczy nie widział nie wolno pozwolić wyginąć! Musi „pozostać dla następnych pokoleń”, które być może nauczą go stepować, czy do czego tam im będzie potrzebny. Ale jeśli nie zaludniamy świata kopiami nas samych? Wówczas trzeba zrozumieć, że ludzie nie zepsuci dobrobytem tak jak my zareagują na taką sensacyjną wiadomość wzruszeniem ramion. Gdzieś właśnie wyginął jakiś gryzoń. Kogo to obchodzi? To szkodniki, zżerające zboże. Zwierzęta potrzebne ludziom mają się świetnie, bo ludzie je hodują.

To jest właśnie problem samodyscypliny. W fantastyce tworzymy mnóstwo nowych światów, meblujemy je starannie, a potem umieszczamy w nich mieszkańców. Jeśli nie chcemy, aby stanowili kopie nas samych, każdą taką „oczywistość”, jak elfy strzelające z łuku, jak krasnoludy walczące toporem, jak wszechobecne w każdym zagajniku ekoświry musimy brać pod lupę. To jest zagrożenie, wynikające z tej wolności twórczej. Jesteśmy tak cholernie wolni, że łatwo nam wpaść w ramy odniesienia, stworzone dla nas przez debili, a zaakceptowane przez ćwoków, po prostu dlatego, że nie chce nam się odrobinę pomyśleć. Usunięcie „ograniczenia”, jakim jest umieszczenie akcji na naszej poczciwej Ziemi i kolejnego, jakim jest umieszczenie jej również w naszym czasie, usuwa nam tak ważne ramy, tak straszną ilość pewników, że zapełnienie tego wszystkiego nowym, stworzonym już przez nas rusztowaniem, które nie załamie się przy pierwszym powiewie wiatru jest arcytrudne. Gatunek obiecując wolność absolutną przyciąga głąbów i grafomanów. A niezdolność zmierzenia się z tą wolnością i przekucia jej na ograniczenia łamie owym grafomanom grzbiety.

Im więcej ograniczeń usuniesz, tym więcej musisz ich zbudować. Każda nowa deska na rusztowaniu wymaga przemyślenia, każdy automatyzm grozi umieszczeniem w świecie bredni, brednie zaś tkwią w nim jak kamienie w strumieniu, rozsyłając w treści fale bełkotu. Jednym z największych przyjaciół pisarza fantasy jest zdolność do narzucenia sobie dyscypliny twórczej, do krytycznej analizy podstaw swojego dzieła. Starym maturalnym tematem jest cytat z Wujaszka Staffa – „Wolność nie jest ulgą, lecz trudem wielkości”.

Komentuj przez Facebooka
Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.