Ten tekst jest skutkiem/jest powiązany z/jest następcą tekstu „Między rtęcią i obcęgami„. Nie jest bezpośrednio powiązany z larpami, ale nie wiem, może komuś się przyda do grania medyka, albo pacjenta. Traktujcie jednak raczej jako popularnonaukowy.
Pojechałem dosyć mocno Europę i jej wiarę w absolutne brednie jeśli chodzi o medycynę, to, co działa i to, co nie działa. Teraz będę jej trochę bronił.
Metoda Naukowa
Metoda naukowa jest absolutnym przełomem… wszędzie. Jest naprawdę mnóstwo pól ludzkiej działalności, na których nie działo się nic, do których zaaplikowano Metodę Naukową i nagle dzieje się… wszystko. Medycyna jest jednym z nich i czytając o jej historii, czytając o studni w Londynie i mapie Johna Snowa, wpadasz w rodzaj osłupienia, bo to wszystko było dostępne od tysięcy lat. Ludzie… dobra, opowiem o tej mapie.
W Londynie dochodziło co jakiś czas do wybuchów cholery. Choroba dzisiaj trywialna (choć nadal zabijająca ludzi w Afryce), wówczas zupełny koszmar o absurdalnej śmiertelności. Każdy wybuch zabierał setki i tysiące ludzi. W 1854 Londyn był piekłem, którego nie będę opisywał długo, bo serio trudno uwierzyć w te wszystkie rzeczy i zajęłoby to wielkość książki. Powiem wam, że dzieci spuszczały z okien puszki do rzek moczu i kału, płynących poboczami ulic, zbierały wodę z wierzchu, następnie te puszki zostawiano na jakiś czas, aby najgorszy syf spoczął na dnie, a to, co było na samym wierzchu uważano za wodę pitną. Takie to było miasto.
Cholera to choroba brudnych rąk, ściślej – choroba przenoszona przez kał. Żebyś zachorował na cholerę, musisz mieć kontakt z kałem kogoś chorego. Co jest łatwe, jeśli ludzie srają tam, gdzie piją.
Obowiązującą w owym czasie teorią wybuchów epidemii była Teoria Miazmy. Znacznie sensowniejsza, niż dzisiaj się o niej sądzi, bo tłumaczyła wszystkie fakty i stawiała nawet w miarę sprawdzające się przewidywania, ale myliła skutki z przyczynami. Miazma to było duszne powietrze, które pochodziło od smrodu i biedy, ale mogło też pochodzić od lenistwa i upadku moralnego. To miazma zarażała ludzi. W rzeczywistości miazma mogła być sensowną aproksymacją tego, co się dzieje przy chorobach przenoszonych drogą kropelkową, ale była bezradna wobec cholery. Wybuch cholery, o którym mowa, był rezultatem zatrutej wody w jednej studni. Ta studnia miała opinię niezwykle czystej i zdrowej i nawet bogaci ludzie posyłali swoją służbę po wodę z niej. Studnia została zanieczyszczona fekaliami i w rezultacie masa ludzi zachorowała. Jeden człowiek – John Snow – postanowił nanieść na mapę wszystkie zachorowania. Skutkiem tej mapy, będącej nadal jednym z kamieni milowych zarówno medycyny, higieny publicznej jak i kartografii, o którym uczy się na co lepszych uczelniach, było dokładne ustalenie studni jako ogniska i rozsadnika zarazy. Dzięki temu epidemię zakończono, ale również ustalono raz na zawsze, czym jest cholera i jak jej unikać.

I, jak zacząłem pisać, zanim sam sobie przerwałem, WSZYSTKIE te narzędzia były dostępne człowiekowi odkąd zaczął rysować nadpalonym patykiem i czerwoną glinką po ścianie jaskini. Nie jest nawet potrzebna statystyka, wystarczy nanieść punkciki na mapie. Ale przez kilkanaście tysięcy lat ludzie tego nie zrobili, bo Metoda Naukowa, którą mamy za oczywistość, czyli weryfikacja faktów, jest absolutnie antyintuicyjna.
Ludzie zrobią bardzo dziwne rzeczy, żeby dostosować świat do swojego obrazu świata. Zodiakarze możesz kazać zgadnąć znak zodiaku stu ludzi i pokazać jej niezbicie, że jej trafienia są na poziomie statystycznego szumu, a i tak będzie się upierać, że znak zodiaku determinuje charakter. Prokurator może złamać swoją karierę próbując posłać na szafot człowieka, na którego niewinność istnieją niezbite dowody. Minister zdrowia może rozpocząć krucjatę przeciwko wychodzeniu do lasu żeby bronić magicznego charakteru choroby. Członkowie kultów apokaliptycznych kiedy sprzedali wszystko co mieli, żeby przygotować się na Apokalipsę JESZCZE MOCNIEJ wierzą w swojego guru, kiedy Apokalipsa nie nadchodzi. Kiedy człowiek raz ma silny pogląd, strącenie go z tego poglądu jest tak trudne, że na granicy niemożliwości. Tej niemożliwości wymaga Metoda Naukowa. Mówi ona, że Twoje przekonania są gówno warte, nic nie znaczą. Masz patrzeć na liczby. Jeśli liczby mówią coś innego, niż Ty, to mylisz się Ty, nie liczby. Dochodziliśmy do tego kilkanaście tysięcy lat. Mimo tego całość „prasy kobiecej” nadal ma rubrykę z horoskopem, a naukowcy, uzbrojeni w doktoraty i profesury, nadal fałszują dane, aby pasowały im do teorii.

Co robisz, nie mając Metody Naukowej? Masz silne przekonania. Tych silnych przekonań nie zmieni to, że pacjent umarł. Widać „za słabo walczył”. I tu przechodzimy do kolejnej rzeczy – do Medycyny Heroicznej.
Conan the Pacjent
Na pewno widzieliście w życiu kogoś po chemioterapii / naświetlaniu. Jeśli nie osobiście (nie życzę raka w rodzinie, ani pośród znajomych), to w telewizji / w internetach. Zniszczeni ludzie, będący cieniem siebie, balansujący na granicy życia i śmierci, od których widoku łamie się serce. Rak to tak straszliwe gówno, że zupełnie dosłownie napierdalamy w niego bombą atomową i koszmarnymi truciznami, licząc na to, że zabiją raka szybciej, niż zabiją pacjenta.
Brzmi wam to trochę podobnie do tego, co wiecie już o medycynie średniowiecza, albo renesansu? Idźmy dalej.
Znam dziecko, które nie lubi odkażania ran, bo to bardzo szczypie. Bardzo szczypie, bo jego mama odkaża mu rany czymś na bazie spirytusu. Co jest całkowicie niepotrzebne, bo Octenisept jest przynajmniej tak samo skuteczny, a nie boli w ogóle. Ale to właśnie w tym bólu jest rzecz – skoro boli, to widać, że działa, że coś robi. Tak, jak „wóda ma trzepać”, tak lek ma mieć widoczne od razu działanie. Jeśli nie ma, to skąd wiem, że działa?
Wróćmy na chwilę do raka. Na pewno setki razy widzieliście frazę „przegrał/przegrała walkę z chorobą”. Ta fraza doprowadza mnie do szału, bo przerzuca odpowiedzialność za własną śmierć na chorego. Rak jawi się jako jakiś wojownik na polu bitwy, na którego chory wyrusza z mieczem i tarczą, aby go pokonać i jeśli nie pokonał, no to widać za słabo walczył, za mało się starał, mógł bardziej. Gdzie tak naprawdę wszystko rozbija się o rzuty kostkami, o to, czy straszliwa chemia i radiacja wygra z rakiem zanim rak zabije pacjenta i jakakolwiek „walka” jest tak sensowna, jak wrzeszczenie na tornado. Ale ta koncepcja „walki z chorobą” jest w nas głęboko wpisana.
Zestawmy sobie te rzeczy. Pacjent jako ktoś, kto aktywnie walczy z chorobą, lekarstwo, które „musi trzepać”, jak chemio- i radioterapia. Widząc wyniszczonego nimi człowieka nie sądzimy przecież, że lekarze go celowo zabijają, nie? Nie oskarżamy ich też o niekompetencję. Wiemy, że to lekarstwo musi trzepać, a pacjent niech walczy mocniej.
Ostatni klocek: dla nas usprawiedliwieniem dla tak potężnego „trzepania” jest rak, jedna z najstraszliwszych powszechnych chorób, jakie znamy. Człowiek średniowiecza czy renesansu miał niemal same raki. Dzieci padały jak muchy na choroby, które dla nas oznaczają tydzień L4, z tego dwa dni kryzysu. Rzeczy, będące dla nas lekką niewygodą, dla ludzi sprzed epoki antybiotyku były krytycznym zagrożeniem życia. Ocierając sobie kolano o kamień można było wykitować na tężca. Zapalenie płuc to nie było „łyknie pan to”, ale wykaszliwanie się na śmierć. Każda niemal choroba, dająca intensywne objawy, była rakiem. Każda usprawiedliwiała solidne „trzepanie”.
Te rzeczy, złożone razem, dają Medycynę Heroiczną. Życie pacjenta jest zagrożone. Walimy w niego odpowiednikiem dzisiejszej chemioterapii. Będzie trzepało, ale lepiej to, niż żeby po prostu umarł. Od tej chwili to, czy przeżyje, czy nie, nie jest już w rękach doktora, lecz pacjenta i Boga – to pacjent „walczy” z chorobą, to on musi przemóc straszne skutki lekarstwa i uzbrojony w tę Wolę Mocy „pokonać” chorobę. Medyk daje mu narzędzia, waląc w chorobę z armaty.
To, że pacjent umarł, nie jest tu winą medyka. „Przegrał z chorobą”, ale lekarz dał mu tyle szans, ile mógł.
Kiedy zestawicie sobie to z brakiem Metody Naukowej, widać już jasno, czemu ktoś, komu pacjenci padali jak muchy, mógł kolejnym podawać rtęć jako lekarstwo z pełnym przekonaniem, że robi coś dobrego.

Artyleria Statystyczna
Europejska medycyna w swojej metodologii nie była tu gorsza, niż medycyna gdziekolwiek indziej. Wyobraźcie sobie tysiąc ludzi, którzy jedzą losowe owoce w lesie, pełnym zatrutych roślin. Dziewięciuset umrze, setka nie. To nie znaczy, że byli bardziej inteligentni od reszty, że mieli lepszą metodologię jedzenia owoców. Mieli po prostu szczęście. Trafili na coś, co działa.
W medycynie czymś takim jest mycie rąk. Mycie rąk jest przełomem na miarę antybiotyku i powinno być rozpoznawane jako jeden z głównych kamieni milowych medycyny. Jeśli jakaś kultura wpadnie na mycie rąk, to nagle skutki jej chirurgii idą w górę jak rakieta, otwierają się procedury, dotąd niedostępne, a jeśli jeszcze przy okazji będą myć instrumenty medyczne, to mamy w ogóle Wakandę. Kultura mogła wpaść na to losowo, skutki i tak są niesamowite. Europejska nie wpadła. Chińczycy wpadli na przykład na znieczulenie miejscowe, smarując swoje instrumenty chirurgiczne odpowiednio osłabioną neurotoksyną. Ale nadal podawali marzącym o nieśmiertelności cesarzom eliksiry wiecznego życia w postaci rtęci, która efektownie i efektywnie posyłała ich do rzeczywistej krainy wiecznego życia. Kurła, ludzie, nie chcecie trafić tam, gdzie Konfucjanista trafia po śmierci. Jest to Kraina Wiecznego ZUSu.
Anegdota: Anglicy, jak wszyscy wiedzą, zakochali się w herbacie. Ich poziom ogólnej higieny był koszmarny (wróćcie do początku i puszki z gównem), ale nagle zaczęli gotować wodę na herbatę. Częściowo rezultatem tego była eksplozja demograficzna. Gotowanie wody przed jej spożyciem jest podobnym przełomem jak mycie rąk. Anglicy wpadli na to przypadkiem, nie byli przez to lepsi od Polaków czy Włochów, ale rezultaty nie dbają o to, czy wpadłeś na coś przypadkiem, czy Metodą Naukową. Strzel do lasu losowo z tysięcy pocisków moździerzowych i jeden z nich zabije niedźwiedzia. Nie czyni Cię to lepszym łowcą niedźwiedzi od innych ani tego pocisku Specjalnym Pociskiem Antyniedźwiedziowym.
Europa, zabijając masowo pacjentów, nie była głupsza ani mądrzejsza od kultur, które okazały się o wiele lepsze w ratowaniu im życia. Miała po prostu pecha. I Galena.
