Między rtęcią i obcęgami

Złamałeś sobie w skomplikowany sposób nogę. Ale masz szczęście – w miasteczku niedaleko mieszka kowal, znany ze swoich umiejętności nastawiania nóg. Udajesz się do niego, płacisz. Facet ma siłę jak niedźwiedź. Kiedy jego dwóch pomocników przytrzymuje Cię tak, że oddychać nawet nie możesz, kowal szarpie raz Twoją nogą i z gwałtownym trzaskiem kość wskakuje we właściwe miejsce. Następnie usztywniają ją i – obsranego z bólu – puszczają Cię do domu. Umierasz na infekcję dwa tygodnie później, ale z całkiem już nieźle zrastającą się nogą.

Słabo się czujesz od jakiegoś czasu. Nadeszła wiosna, czas radości i życia, a Ty ciągle bóle głowy, glut z nosa, ataki kichania. Czasem myślisz, że ktoś Cię przeklął. Wyciągasz więc ze skrzyni należycie gruby mieszek i udajesz się do doktora, prawdziwego Magister Alchemiae. Ten stawia Twój horoskop, wącha fiolkę z Twoim moczem, słucha opisu objawów, po czym diagnozuje niezbalansowane humory ciała, na co ordynuje bańki, raz na tydzień upuszczanie krwi, co dwa tygodnie pijawki i raz na miesiąc kąpiel w roztworze siarki. Dwa miesiące jesteś tak słaby, że nie masz siły kichać. Potem umierasz. Już nie kichasz.

Mroczne Wieki Medycyny

Medycyna niechirurgiczna przestała istnieć z upadkiem Rzymu. Zaczęła znowu istnieć między XVIII i XX wiekiem. To ostre stwierdzenie, ale naprawdę dla świata zachodniego (gdzie indziej bywało inaczej) nie odbiega daleko od prawdy. Żołnierz Unii zniesiony z pola bitwy pod Antietam miał opiekę medyczną gorszą, niż legionista rzymski po bitwie pod Filippi. Nic nie było oparte na jakiejkolwiek…

Moment, po co o tym piszę? FANTASY TO NIE REKO!!!1111. Ok, dobra. Fantasy to nie reko. Ale fantasy to fantasy. Jak się czujesz, idąc do punktu medycznego po bitwie i słysząc od medyków rozmawiających ze sobą zdyszanym, SORowym tekstem „traci puls, dwie jednostki pierdolitu, sterylny bandaż!”. Mało fantasy, nie? Jeszcze w Wiedźminie – ok, Wiedźmin stoi na postmodernie, która jest synonimem dla leniwej budowy świata, ale w fantasy, które bierze samo siebie jakoś tam poważnie wybija to z klimatu bardzo mocno. Żeby medycyna fantasy z klimatu nie wybijała, można ją wymyślić od nowa (i zagwarantować sobie, że ze dwie osoby na larpie będą wiedziały co i jak, a reszta nie będzie miała o tym zielonego pojęcia). Można też oprzeć ją na jakichś wzorach historycznych. Na przykład na indyjskich, które nikomu nic nie będą mówić i funkcjonalnie będą takie same, jak wymyślone. Natomiast o dziwnej europejskiej medycynie jakoś tam słyszało sporo osób i ma o niej należycie i zasłużenie niską opinię. Grajmy na tym.

Jak zacząłem mówić, nic w europejskiej medycynie nie było oparte na metodzie naukowej. Metoda naukowa w sensie formalnym oczywiście nie istniała, ale w pewnych dziedzinach ludzkiej działalności jakaś jej aproksymacja była samoistna. Jeśli kowal by sobie wymyślił, że najlepszy na świecie miecz będzie z trawy i mułu i spróbował go wykuć, to oczywiście miecza by z tego nie było i nikt by mu nie dał pieniędzy. X takich prób i utrata warsztatu, śmierć z głodu. Natomiast jeśli medyk wymyślił sobie jakąkolwiek brednię, która mogła nawet natychmiast zabijać pacjentów zupełnie na śmierć, to nadal brał za to kasę, a jego uczniowie mogli stosować tę samą metodę w kolejnych miastach, zarabiając na tym dobrze i dostając entuzjastyczne rekomendacje od nielicznych pacjentów, którzy kurację przeżyli. Chodziło tu tylko o coś tak bezwartościowego jak ludzkie życie, nie o prawdziwie istotne rzeczy, jak miecz, podkowa, albo studnia. W związku z tym medyków fantazja ponosiła skrajnie.

Filozofowie i Kowale

Medycyna jako taka podzielona była na dwie kategorie. Pierwszą była chirurgia. Chirurdzy przez uczonych doktorów nie byli w ogóle uważani za lekarzy, traktowani też byli przez nich z wyniosłością i pogardą. Co ciekawe, czasami poziom chirurgii w sensie czysto mechanicznym był niezły. Nastawienie kości, usunięcie zęba, zszycie rany, wszystko to było dla pre-nowożytnego chirurga do zrobienia. I ich skuteczność byłaby pewnie całkiem niezła, gdyby nie całkowity brak wiedzy o antyseptyce. Dowcip „operacja się udała, pacjent nie żyje” oddaje to doskonale – po całkowicie udanym zabiegu chirurgicznym, wykonanym całkowicie zasyfionymi przyrządami medycznymi, pacjent często umierał na infekcję.

To jest dobry moment do wspomnienia o szpitalach. Pojawiły się dość późno, już w epoce nowożytnej, w baroku i później. I były całkowitą odwrotnością naszych obecnych szpitali. Do szpitala trafiało się, żeby umrzeć. Kto mógł, ten chorował w domu. Brudne, niewietrzone budynki, pościele po dwudziestu poprzednich chorych i rannych, myte dopiero, kiedy za bardzo ruszały się od robactwa, medycy, badający rannych i chorych bez jakiejkolwiek higieny, zarażający ich nawzajem od siebie. Kto trafiał tam zdrowy, ten szybko chorował. Kto tylko mógł sobie pozwolić na nietrafienie do szpitala, ten do niego nie trafiał. Zabiegi chirurgiczne dla bogatych osób wykonywane były w ich domach, a do siebie dochodzili we własnych łóżkach. Łóżka te były – zwłaszcza u szlachty – stosunkowo czyste i szansa na pozytywny rezultat znacznie wzrastała.

Jedną z najważniejszych cech chirurga była siła fizyczna. Wiązało się to z brakiem znieczulenia (Chińczycy je mieli, Europejczycy nie). Im dłużej trwał zabieg, tym straszliwsze było to dla pacjenta, ale również chirurga.

Tak pani Lucy Thurston wspomina przeprowadzony na niej zabieg usunięcia piersi:

Potem przyszło cięcie – długie i głębokie – najpierw po jednej stronie piersi, potem po drugiej. Ogarnęły mnie silne mdłości i straciłam śniadanie. Następnie przyszło skrajne osłabienie. Moje cierpienie nie było już miejscowe. Całe ciało przenikało ogólne poczucie męki. Czułam, jakby każda cząstka mego ciała obumierała.


Sama w pełni zamierzałam przyglądać się całemu zabiegowi. Jednak gdy dziś próbuję go sobie przypomnieć, jedynym obrazem, jaki pozostał mi w pamięci, jest prawa ręka lekarza całkowicie pokryta krwią aż po sam nadgarstek. Później powiedział mi, że w pewnym momencie krew z tętnicy trysnęła mu do oczu tak, że nic nie widział.


Przez blisko półtorej godziny pozostawałam pod jego ręką, gdy wycinał całą pierś, usuwał gruczoły spod pachy, podwiązywał tętnice, osuszał krew, zszywał ranę, nakładał przylepce i zakładał bandaż.


Jeszcze trudniejsze były zabiegi, w których trzeba było usunąć kończynę, albo jej część. Im dłużej trwał zabieg, tym większa szansa, że pacjent się wykrwawi, albo miotając się pogorszy sytuację. Piła potrafiła utkwić w kości tak, że dwóch ludzi nie mogło jej ruszyć. Dlatego kombinacja niemal zwierzęcej siły z precyzją była zupełnie najlepszą cechą, jaką chirurg mógł mieć. Co z kolei predestynowało do tego zawodu (a właściwie pobocznej fuchy) wszelkiego rodzaju rzeźników, kowali, podobnych pracowników fizycznych. Najlepszą pochwałą, jaka mogła paść wobec chirurga, była jakaś wariacja „usunie Ci rękę w pół zdrowaśki”.

Ponownie trzeba tu podkreślić jak morderczy był brak wiedzy o antyseptyce. Robert Liston, znany z tego, że potrafił dokonać pełnej amputacji nogi w 28 sekund, jest bohaterem pewnej anegdoty. W trakcie operacji przypadkiem ciął tak mocno, że obciął palce swojego pomocnika. Pacjent i pomocnik zmarli na infekcję. Podobno w trakcie operacji jeden z widzów zmarł z powodu szoku. Dotąd określa się to jako jedyną operację z 300% śmiertelnością.

W zamówionym przez siebie portrecie, Samuel D Gross, amerykańskich chirurg z XIX wieku dumnie pokazuje swoją pogardę dla antyseptyki – skalpel, trzymany w nagich, zakrwawionych rękach, asystent, pchający gołą rękę w otwartą ranę. Te poglądy i metody trzymały się gdzieniegdzie jeszcze w XX wieku.

Tymczasem prawdziwi Doktorzy Medycyny, Lekarze, ci byli zupełną elitą i to bardzo drogą elitą. Pełni wiedzy alchemicznej i obczytani w fantazjach Galena (rzymskiego medyka, którego często zupełnie nonsensowna praca była podstawą medycyny nawet w początkach XX wieku), wiedzący wszystko o Humorach Ciała i ich balansowaniu, o zbawiennych skutkach spuszczania z ludzi „zatrutej krwi” dogadali by się świetnie z dzisiejszymi influencerkami, pierdolącymi o detoksach. Przy tej medycynie, opartej całkowicie o fantazję, należałoby się spodziewać, że COŚ jednak zgadną dobrze, że COŚ będą w stanie wyleczyć. Nic. Kiedy w XX wieku zaczęto solidnie katalogować istniejące procedury medyczne i badać ich efektywność, lekarze ze zdumieniem dowiedzieli się, że przed owym XX wiekiem medycyna chemiczna jako taka w ogóle nie istniała. Gdyby człowiek zamiast iść do straszliwie drogiego Doktora Medycyny walnął się po prostu młotkiem w głowę i posmarował sobie kolano jajkiem, wyszedłby prawdopodobnie na tym lepiej, a na pewno znacznie taniej.

Historia a sprawa larpowska

Powiedziawszy sobie to o historii, wróćmy do larpów i tego, co to dla nich znaczy.

Po pierwsze dla twórcy larpa dobrze jest rozgraniczyć te dwie role – Doktora, który buja sobie w świecie teorii i ze zmarszczonym nosem odmówiłby badania otwartej rany, oraz chirurga, który medycyną sobie tylko dorabia, o humorach ciała nic nie powie, za to dobrze wyrwie ząb obcęgami (jeden z powodów, dla których chirurgia dentystyczna była dość bezpieczna, to to, że te narzędzia były często używane w kuźniach, a kilkaset stopni Celsjusza dobrze je sterylizowało).

Po drugie – nie można implementować historii bezpośrednio. Jesteśmy nasiąknięci metodą naukową w stopniu, którego naprawdę nie doceniamy. Wiedząc, że wizyta u Doktora nie da nam nic dobrego, a kosztować nas może życie, po prostu do niego nie pójdziemy. Trzeba więc rozwieść mechanikę z rzeczywistością – medycyna działa, jaka by nie była kretyńska. Od gracza grającego Doktora należy tylko wymagać stworzenia sobie (a lepiej – poczytania o) JAKIEGOŚ systemu medycyny. Średniowieczne i późniejsze bajędy o humorach ciała były fantazją, ale fantazją spójną i wewnętrznie logiczną, to nie był po prostu bełkot szyty na kolanie. To był bełkot, nad którym pracowały pokolenia. Doktor powinien coś takiego mieć w głowie.

O takie masz humory w ciele. Pilnuj ich równowagi!

Tymczasem do grania chirurgiem trzeba mieć po prostu odpowiedni wygląd. To nie jest rola dla chłopca o BMI 16. Musimy być w stanie uwierzyć, że ten facet potrafi jedną ręką przytrzymać miotającego się pacjenta na stole, a drugą obciąć mu nogę w 25 sekund. Nadmiar masy jest tu pozytywną kwalifikacją dla roli. Rola chirurga powinna też być łączona z rolą innego rzemieślnika – wspomnianego kowala, masarza, młynarza, kogoś, kto ogromnej siły fizycznej potrzebuje na co dzień.

W końcu – antyseptyka. Wprowadzanie jej do larpa jest bezcelowe. To, że 3/4 zabiegów będzie się kończyło śmiercią sprawi tylko, że nikt na nie chodził nie będzie. Więc albo mówimy graczom, że antyseptyki nie ma i nie jest potrzebna („klimatyczne”, brudne jak sukinsyn piły, z odpadającymi z nich kawałkami mięsa, brudne łapy z czarnymi paznokciami), albo że jest, bo w tym świecie znane jest znaczenie czystych rąk i narzędzi. Rzymianie swoje czyścili, w Twoim świecie fantasy chirurg też może.

Co zawsze doradzam, to nieobsadzanie współczesnych medyków i lekarzy w rolach fantasy medyków i lekarzy. W moim doświadczeniu ci ludzie są bezradni wobec swoich nawyków, mówią czystym, anachronicznym SORem, o historii swojego zawodu mają wiedzę niewielką, łamaną przez żadną, a jeśli nawet jakąś mają, to nie potrafią jej grać. Taka rola będzie o wiele lepiej zagrana niemal przez kogokolwiek innego.

Życzę 300% sukcesów w operowaniu!

Autor

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.